sobota, 9 maja 2020

Podzielona Kraina - IV.2


Pierwszy szok, a potem zamieszanie związane z ucztą powitalną – wystawną, jak przystało, choć smutną – sprawiły, że Ingwald zapomniał zupełnie o Pwyllu, synu Begelda. Dlatego dopiero następnego dnia po przyjeździe, nie widząc nigdzie chłopaka, zagadnął Bredegara o młodego dziedzica.

Przechadzali się właśnie wraz z Cormakiem po krużganku. Uczta trwała do późna, ale wszyscy trzej wstali o świcie. Bredegara, którego mimo rozpaczy (a może właśnie z jej powodu) pochłaniała organizacja uzbrojenia i zaopatrzenia, spotkali rano, gdy już wydawał rozkazy swoim przybocznym. Sam Ingwald spał krótko, we śnie widział krzyczącą Sigrlin i smutną Herminę. Gdy obudził się na długo przed świtem, ujrzał rozświetlone sieci komunikacyjne i Cormaka, który wysyłał pisma. Co mag mógł przekazywać pilnie w nocy, tak krótko po przyjeździe, tego Ingwald nie wiedział i było mu to w tamtym momencie obojętne. Prawdopodobnie były to raporty dla Domu Magów, a może i dla samego króla – ale jakie to mogło mieć znaczenie wobec upadku Wierniry?
Tego krużganka Ingwald zupełnie nie pamiętał. Rycerz, mimo smutku, był w stanie zauważyć, że nauka, udzielona kiedyś przez Idun, bynajmniej nie została zapomniana. Wyraźnie pilnowano, by Oda świadczyła o bogactwie jej panów. Ingwald, który odwiedził niezliczoną ilość cudzoziemskich zamków i dworów, umiał docenić i rzeźbione ramy portretów, i wzorzyste naczynia z kruchego tworzywa, i wiele innych drobiazgów. Nie przeoczył jednak i pewnej toporności w wyborze ozdób – tak jakby dobierano tylko najefektowniejsze przedmioty, niekoniecznie najlepiej do siebie dopasowane – i tego, że, miejscowi mistrzowie rzemiosł nie byli tak kunsztowni w swym fachu jak ich odpowiednicy w Harii, Kormie czy nawet w miasteczkach należących do Wierniry.
Wiernira… Myśl o tym zamku na moment pozbawiła go tchu. Tymczasem Bredegar odpowiedział ospale:
– Chłopaka nie ma w Odzie, przebywa na jednym z folwarków.
– Dlaczego tam jest? Młodzian ma już piętnaście lat, niewiele już mu pozostało do pełnoletności. Powinien wdrażać się w rządzenie, by w odpowiednim czasie zająć twoje miejsce, panie.
Bredegar skrzywił się i nic nie odpowiedział. Ingwald ciągnął dalej:
– Czy powiesz mi, jak dojechać do owego folwarku? Czuję się w obowiązku złożyć wyrazy uszanowania dziedzicowi.
– Na obczyźnie stałeś się formalistą, Ingwaldzie – zauważył serdecznie pan Ody. – U nas nigdy nie wymagano żadnych hołdów, wiadomo, że opiekunów należy szanować, ale co krewni, to krewni, jesteśmy sobie równi i żadnych tam wielkich hołdów nie trzeba! Wiadomo, kto swój i przy kim należy stać w razie potrzeby.
Ingwald poczuł wściekłość na myśl, że ten człowiek ośmiela się rozprawiać o sile pokrewieństwa w miejscu, z którego jego, Ingwalda, kiedyś wypędzono. Ze względu na obecność Cormaka pohamował się jednak i wycedził tylko:
– Mimo to chciałbym tam pojechać. Czy młody człowiek ma słabe zdrowie?
– Tak, z jego zdrowiem zdecydowanie nie jest dobrze. Ale nie mówmy teraz o tym. Ingwaldzie, twoje przybycie tutaj jest wielkim zaszczytem dla nas wszystkich. Chyba w całej Odzie nie ma człowieka, który byłby sławniejszy i widział więcej niż ty. Słyszałem, że potrafisz pięknie przemawiać. Dlatego proszę cię, abyś, jako honorowy gość, zechciał objąć przewodnictwo, gdy będziemy wspominać szlachetnych krewniaków z Wierniry, dziś, na uczcie poświęconej ich pamięci.
– Twoja propozycja jest dla mnie zaszczytem – odparł Ingwald uprzejmie, myśląc o czymś innym. Komplementy nie zrobiły na nim wrażenia: zbyt często je słyszał. Natomiast zaczął się zastanawiać, czy nie ma ziarna prawdy w plotkach, które usłyszał w Wiernirze: że młody Pwyll jest słaby na umyśle i dlatego musi przebywać na uboczu. Skoro jednak tak, dlaczego Bredegar i Groa nie ogłoszą tego wprost? Wszak prawa mówiły od dawna: męska głowa rodu ma być wojownikiem, nie ociemniałym, nie głuchym, nie obłąkanym. Nikt nie miałby zastrzeżeń, gdyby przyprowadzili chłopaka przed magów, rycerzy i damy, by uczciwie poświadczyli, że nie nadaje się on do sprawowania swej dziedzicznej funkcji. Wtedy formalnie, wobec świadków, zostałyby nadane prawa Tybaldowi, a wcześniej Terwagantowi, gdyby jeszcze żył.
Jakby podchwytując ostatnią myśl, Bredegar dodał cicho:
– O moim synu powiem sam. I o siostrach… Jest teraz wiele zamieszania, bo trzeba zgromadzić ludzi, uzbrojenie i zaopatrzenie, ale uczczenie pamięci o szlachetnych krewniakach to rzecz nie mniejszej wagi, niż walka.
Ingwald nie zdążył odpowiedzieć, bo Cormac wtrącił spokojnie:
– Panie, czy zdajesz sobie sprawę, że zbrojenie się i wyruszanie naprzeciw hordzie wieśniaków jest sprzeczne z wolą miłościwie nam panującego Geryna?
Bredegar zatrzymał się raptownie i odwrócił w kierunku maga. Na widok jego twarzy Ingwald przypomniał sobie z dreszczem tamten moment sprzed ponad dekady, gdy stojący przed nim człowiek dokonał bratobójstwa. Cormac nie mógł wiedzieć o tamtym wydarzeniu, ale przez twarz przemknął mu cień przestrachu.
– Czcigodny – wymówił Bredegar z naciskiem – zdaję. Zdaję sobie z tego sprawę od samego początku! Wyludniały się wioski, pustoszały pola – król kazał siedzieć spokojnie i czekać na jego wezwanie. Mówiono: mądrzy magowie zaradzą. A mądrzy magowie, zdrajcy, co się wyrzekli imion własnego rodu, nic nie zrobili! Myśleliście pewnie, że my nic nie wiemy, hę? Ani o tym, że kolejne miasta i wioski wyludniają się, ani o stratowanych zbiorach, ani o śmierci ludzi…
Umilkł i zacisnął pięści.
– Wielmożny – zaczął Cormac – widzę, że masz bardzo złe o nas mniemanie, lecz…
– Zamilcz. Jesteś moim gościem i nie wypada mi tak mówić, ale powiadam: zamilcz. Teraz przez waszą opieszałość padł kolejny z filarów rodów Kamieni. Dostojna pani Hermina, mój syn… Początkowo sądziłem, i nie ja jeden, że w tym królewskim zarządzeniu jest wiele słuszności: ludzie, uciekinierzy, których widzieliście pod murami, a których od miesięcy karmi jedynie nasze miłosierdzie, mówili, że tych dziwnych wędrujących hord nie imają się widły, topory ani żadna inna broń. W jednym z miast naprzeciw tym wędrującym bez broni obłąkańcom stanął cech rzeźników i poległ! Toteż myślałem: słusznie król każe nam czekać, niech z magicznymi sprawkami poradzą sobie magowie. Od czego są?
Bredegar zaśmiał się sucho. Tym razem Cormac już nic nie wtrącał, lecz ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w posadzkę.
– Lecz gdy odebraliście Sobną mojej dostojnej krewniaczce, Herminie z Topazów… Pojąłem, w czym jest naprawdę rzecz. I nie ja jeden.
– Mylisz się – powiedział cicho mag.
Bredegar utkwił w nim wzrok pełen nienawiści.
– Gdy tylko dowiedziałem się, co spotkało świętej pamięci Herminę, zrozumiałem wszystko. To wy, magowie, sprowadziliście na świat tę zarazę, by zniszczyć Janar. Namawiacie króla, by przejmował ziemie kobiet. Ja jednak nie rozpaczam i nie czekam co dalej, tylko działam. Nie rozgłaszałem tego, lecz wypędziłem moich magów ze dworu. – Ingwald był wstrząśnięty. Był sceptykiem i skłaniał się ku tezie, że wszystkie „cuda” czynione po śmierci przez magów były w istocie sprawką żyjących. Jednak na wszelki wypadek nie zaniedbywał ofiar ani pamięci o bóstwach, bo wiara wiarą, a rytuał należało dopełnić, by nie narażać się na zemstę umarłego maga. Teraz przeraził się: jeśli któryś z tych wypędzonych okaże się po śmierci bogiem, cały ród Rubinów będzie prześladowany przez całe wieki! Ale nie mógł nie podziwiać odwagi Bredegara, odwagi, która potwierdzała, jak bardzo prawdziwe było ich zawołanie rodowe. Rycerz tymczasem mówił dalej:
– Został jeden uzdrowiciel, który od lat czuwa nad moją ciężko chorą małżonką. Nikomu innemu bym jej nie powierzył, więc Audun musi pozostać przy niej. Lecz innym powiedziałem „Precz!”, a ich dalszy los mnie nie obchodzi. Pewnie powędrowali do swego Domu, do Tantu. Albo i do króla. On was przygarnia, czyż nie? Listownie przekonywałem Herminę, by pozwoliła zbrojnie odzyskać swoje dziedzictwo. Ona była mądra, lecz za dobra, zbyt prawa, by móc uwierzyć, że Geryn zdradził tych, z których się wywodzi i sprzymierzył z tymi, którzy wyrzekli się nawet swojego imienia i herbu. Ona wahała się, lecz ja działałem. Zawezwałem ludzi, za niedługo przybędą. Myślałem, że poprowadzę ich na Sobną, ale okoliczności okazały się takie, że ruszą w kierunku Wierniry.
Po raz pierwszy, odkąd Ingwald znał Cormaca, zobaczył, jak ten próbował się wytłumaczyć.
– Wielmożny – zaczął mag prosząco – wysłuchaj tego, co powiem i nie skazuj siebie i swoich ludzi na klęskę! Wiem, że moje słowa dla ciebie nic nie znaczą, ale my, magowie, naprawdę pracujemy nad rozwikłaniem tej zagadki. Niejeden z nas poległ. Ot, na przykład mój serdeczny druh Gotier zaginął w pewnej misji, której celu wyjawić ci nie mogę, lecz uwierz mi na słowo, że była bardzo niebezpieczna. Od jesieni nie ma od niego wieści i lękam się, że zginął.
– A co, poszedł do Puszczy? – zakpił Bredegar i prychnął. – Daruj sobie. Moich magów wygnałem. Już i tak zbyt długo u mnie siedzieli. Ciebie zgodziłem się przyjąć tylko przez wzgląd na Herminę, tak bardzo obawiała się, by was nie urazić, więc pomyślałem: odejmę jej trochę kłopotu, u mnie nie będzie cackania się z wami, a ona nie musi o tym wiedzieć…
– Rozumiem więc, że nie jestem tu mile widziany – powiedział mag, znów swoim zwykłym tonem.
– Owszem – potwierdził zwięźle gospodarz.
Ingwald stał się świadkiem otwartego wypowiedzenia posłuszeństwa wobec króla. Coś takiego w historii Janaru wydarzyło się tylko raz, za buntu Diamentów. Ingwald nie miał powodu, by kochać czy nawet lubić głowę swego rodu. Cormaca również ani szczególnie nie cenił, ani nie poważał, mimo jego rangi. Mimo to, mając na względzie szerszą perspektywę, spróbował przywołać obu mężów do porządku.
– Panowie – zaczął – mamy trudne czasy. Teraz trzeba się jednoczyć, budować sojusze, a nie kłócić!
– Ingwaldzie, krewniaku – powiedział Bredegar, patrząc na Cormaca. – Masz oczy i rozum, skorzystajże z nich. Bo nie powiesz mi chyba, że dałeś się im – Wskazał maga ręką – oślepić? Słyszałem, że po powrocie z zagranicy w pierwszej kolejności, jak się słusznie należało, odwiedziłeś Jaskółcze Gniazdo. Prawda to, że kanclerz, referendarze, sekretarz, Strażnik Korony, marszałek, podskarbi i mnóstwo innych ważnych, kluczowych więc person, zarówno na dworze miłościwie nam panującego Geryna, jak i na dworze jego małżonki Cecylii – to sami magowie? I, że, co gorsza, nawet na dworach królewskich dzieci wyprawia się to samo! Już lata temu mówiono, że to magowie wybierali nawet mamki dla Reginalda i Rianny! I może to nieprawda, że ostatnie posiedzenie Królewskiej Rady Rycerzy odbyło się niemal rok temu, a Królewska Rada Magów spotyka się regularnie co miesiąc? A wiadomo, że posiedzenia Rad zwołuje jedynie Najjaśniejszy Pan!
Bredegar wyliczałby zapewne dalej, ale Cormac mu przerwał:
– To doprawdy godne podziwu, jak, przebywając w oddaleniu, masz tak dokładne informacje, Bredegarze z Rubinów.
Rycerz zacisnął usta i nie odpowiedział.
Ingwald spróbował jeszcze raz:
– Czcigodny Cormaku, jak wszyscy magowie, i ty jesteś z rodu szlachetnych. Powiedzże, z którego? Z rodu Kamieni, czy może pośledniejszego, ale wciąż przynoszącego chlubę swoją piękną przeszłością i błękitną krwią? Na pewno i ty straciłeś krewnych w Wiernirze, więc i ty, i nasz gospodarz, i ja, przeżywamy wspólną żałobę.
– Nawet nie wiem, czy miałem tam bliskich krewnych – odparł Cormac niespodziewanie miękko – bo że dalekich, to jest oczywiste, wszyscy ze wszystkimi są wszak spokrewnieni. – Umilkł na chwilę i podjął niespotykanie jak na niego szczerym tonem: – Pamiętam, że byłem szóstym czy siódmym synem i już w dzieciństwie lubiłem czytać i badać strukturę przedmiotów. Spotkał mnie więc typowy los. Ot, boczne gałęzi rodowe, z małym majątkiem. Nie z Kamieni, nie, raczej z herbów typu Niedźwiedź czy inny tam Jesion albo Dąb. Za pokolenie – dwa potomkowie tych ludzi będą chyba jeść piach. O takich nikt nie pamięta, ich bogaci krewniacy w wielkich siedzibach również nie. Oddano mnie do Akademii, gdy miałem piętnaście lat. Oczywiście, zgodziłem się na to, nikt mnie nie zmuszał. Sam chciałem, mówili, że tam dobrze karmią, dają buty, odzież, a w przyszłości poważanie. I perspektywę oszałamiającej kariery po śmierci! – Zaśmiał się. – Szczęście dla mnie, że rzeczywiście miałem trochę talentu magicznego. Gorzej z tymi, którzy trafiają do Akademii, a go nie przejawiają – słyszeliście może o nich? Ja też nie, chociaż niejednego takiego spotkałem, na ogół tylko raz. Adepci sztuki magicznej muszą przywykać do pożegnań: gdy moi rodzice odjeżdżali spod bramy Akademii, widziałem ich ostatni raz. Teraz ani oni nie poznaliby mnie, ani ja ich. Podczas nauki na Akademii przebywa się w zamknięciu, nie widując nikogo, kogo się znało. Przy przyjęciu składa się przysięgę, że zrzekamy się wszelkich roszczeń co do pokrewieństwa z rodami Kamieni. W zamian mamy dostęp do innych bogactw… – zaśmiał się cicho. – A gdyby mimo wszystko kogoś nawiedziła pokusa, by powrócić do rodu, czekają na niego specjalne mikstury i igły, by zapomniał. Czy ja wypiłem taki eliksir i czy otrzymałem zastrzyk, tego nie powiem. Ale nie dowiecie się, z jakiego rodu pochodzę, kto jest mi bliski. Nie tylko dlatego, że nie powiem. Również stąd, że jesteście zbyt daleko od tych ludzi, by odnaleźć ich i zapytać, co czuli, gdy wiedzieli, że oddają syna na zawsze obcym ludziom i że może zajdzie wysoko, będzie goszczony we dworach, nawet królewskim, ale już nigdy w folwarku własnych rodziców.
Rycerze milczeli.
– Dziś odjadę, moim celem będzie Jaskółcze Gniazdo. Oczywiście, doniosę o twoich poczynaniach, Bredegarze z Rubinów. Mógłbyś teraz kazać mnie zabić lub uwięzić – wiesz wprawdzie, że magowie znajdują się pod szczególną królewską opieką, lecz już i tak się zbuntowałeś. Jest ci zatem obojętne, czy złamiesz kolejne królewskie prawo. Lecz prosiłbym cię, byś pozwolił mi spokojnie odejść.
– Dlaczegóż to? – zapytał Bredegar oschle.
– Ponieważ Gotier z Tantu najprawdopodobniej zginął, lecz wysłał kilka ważnych wskazówek i zdaje się, że nie pozostaje nic innego niż zastosować się do nich, jeśli rzeczywiście chcemy powstrzymać tę plagę. Znałem dobrze tego maga, miałem zaszczyt mianować się jego przyjacielem i sądzę, że umiałbym doradzić naszemu władcy.
Gospodarz milczał przez chwilę.
– Jedź zatem bezpiecznie. I szybko – powiedział wreszcie szorstko.
– Dziękuję. Ingwaldzie z Rubinów, mam zamiar poprosić króla, by zgodnie z wolą Gotiera zawarł pokój z pewną osobą. Chciałem doradzić władcy, by wybrał zacnych, odważnych i honorowych mężów jako wysłanników. Chciałem mu polecić ciebie, lecz rozumiem, że wolisz pozostać tutaj, by wesprzeć krewnych.
– Tak uczynię – potwierdził rycerz ochryple.
– I rozumiem to, Ingwaldzie z Rubinów. Mam dla ciebie ogromny podziw. Przykro mi, że tak straszny los spotkał Sigrlin z Topazów. Bardzo wdzięczny ci jestem za przedstawienie Morholta herbu Korab z Wid – myślę, że spotkam się z tym młodzieńcem na królewskim dworze i złożę mu propozycję, skoro ty wolisz zostać tutaj. O ile król się zgodzi, oczywiście. Sadzę, że to zrobi.
Spojrzał na nich ciepło i dodał:
– Wiedzcie, że nie mówiłbym wam tak wiele, gdybym nie był przekonany, że obaj zginiecie.
Uścisnął prawicę najpierw Bredegarowi, potem Ingwaldowi, ukłonił im się i niespiesznie odszedł.
Dwaj mężowie chwilę trwali w ciszy.
– A to dopiero… – westchnął Bredegar w końcu.
Ingwald milczał. Widział, że pan na Odzie był oszołomiony, a może nawet i wzruszony chwilą. Pod jej wpływem pozwolił odjechać osobie, która na pewno zamelduje o nieposłuszeństwie.
Bredegar, mimo wielu przeżyć i lat na karku, wciąż zachował nieco ze swojej młodzieńczej prostoduszności, która kazała mu odpowiedzieć szczerością za szczerość, wielkodusznością za wielkoduszność. A Ingwald, po przejściu chwilowego uniesienia, uspokoił się i zaczął wspominać słowo po słowie scenę sprzed chwili, tym razem analizując i porównując z posiadaną wiedzą. Magowie byli szkoleni w dyplomacji i w rozumieniu tajników ludzkiej duszy. Nigdy nie przejawiali skłonności do opowiadania o swoim dawnym życiu. Na temat warunków w Akademii i Domach milczeli, niekiedy bardzo wymownie. A Cormac był bystrym obserwatorem, nie poddającym się sentymentom, umiał wejść w odpowiednią rolę, do tej pory głównie staroświeckiego, nieco skostniałego mentora czy zasiedziałego rezydenta. W kogo wcielił się teraz?
Gdy Bredegar ocknął się i ruszyli dalej, Ingwald wciąż rozmyślał. Mimo podejrzeń, wstrząsnęła nim opowieść Cormaka. A więc to w ten sposób młodzieńcy stawali się magami. A potem naszło go kolejne podejrzenie. Piętnastoletni Pwyll, syn Begelda, przebywający gdzieś na ubocznym folwarku, którego położenia Bredegar nie chciał ujawnić… i piętnastoletni Cormac, rozpoczynający naukę w Akademii.
Uczucie solidarności rodowej, które pojawiło się w trakcie rozmowy z magiem, bezpowrotnie uleciało, a Ingwald przypomniał sobie, że ten sam, rzekomo prostoduszny człowiek umiał przez szesnaście lat utrzymać w tajemnicy fakt, który wielu mężnych ludzi doprowadziłby do takich wyrzutów sumienia, że dawno już publicznie wyznaliby swoje winy i dobrowolnie oddali się pod sąd, aby tylko się jakoś oczyścić w ludzkich oczach. Bredegar z Rubinów nigdy czegoś takiego nie uczynił i nigdy, czy to osobiście, przez posłańca czy listownie, nie zwolnił Ingwalda z obowiązku trzymania języka za zębami w sprawie dawnych wydarzeń.
Co tu się właściwie działo, u licha?

Podzielona Krain - IV.1

Orszak posuwał się naprzód godnie i powoli, pozostawało więc wystarczająco czasu na rozmowy i rozmyślania. Ingwald z Rubinów starał się odpowiadać rzetelnie na pytania Cormaka z Tantu o Odę, zdawał sobie jednak sprawę, że jego wspomnienia o dawno niewidzianej rodowej siedzibie siłą rzeczy musiały być w pewnej mierze zniekształcone i nieprawdziwe. Wiedział wszak, że ostatni raz żegnał się z ówczesnymi głowami rodu, Eyworem i Ermengardą, ponad piętnaście lat temu. Relacje z ich potomstwem, czyli Begeldem, Bredegarem, Blodeuwedd, Bianką i Groą skomplikowały się na przestrzeni czasu i pożegnania z nimi nie zawsze wyglądały tak, jak życzyliby sobie co poniektórzy piewcy spokoju rodzinnego domu. W tamtym czasie był już dorosłym mężczyzną, który myślał, że życie upłynie mu podobnie jak wielu jego krewniakom w podobnej sytuacji – na wiernym służeniu panu rodu w Odzie. Stało się jednak inaczej. Ingwaldowi, którego za młodu wszyscy uważali za człowieka ze wszech miar przeciętnego i który sam podzielał tę opinię o sobie, przypadł niezwykły los. Nie stało się tak jednak wyłącznie z jego woli.
Jadąc niespiesznie z Cormakiem przez pola, lasy, miasta i wsie, oddzielające Wiernirę od Ody, miał wiele czasu na wspominanie swojej przeszłości i poddawanie jej nieraz gorzkiej refleksji. Swój pierwszy turniej rycerski wygrał właśnie w Odzie. Stamtąd więc, na zdobycznym koniu i ze zdobyczną zbroją, ale bez giermka czy sługi, wyruszył w świat, aby popróbować szczęścia i zdobyć majątek, na odziedziczenie którego po ojcu liczyć nie mógł. Erwin z Rubinów przegrał swoje włości w karty, gdy Ingwald był niespełna dziesięcioletnim dzieckiem. Stąd syn Erwina dość wcześnie zdał sobie więc sprawę, że czekało go albo życie u boku siostry, Ilwing z Szafirów, której przypadł nietknięty majątek po ich matce z Szafirów, albo służenie głowie rodu w Odzie. Kariery maga w ogóle nie brał pod uwagę – czuł się zawsze Rubinem, odrzucenie swego imienia wydawało mu się czymś na kształt odarcia się z przeszłości i domu. Jako piętnastolatek zaczął więc służyć Eyworowi w Odzie. Wydawało mu się wtedy, że wybrał ścieżkę na całe życie. Na początku czuł się dobrze na dworze swoich krewniaków. Męska i żeńska głowa rodu współpracowały harmonijnie, młodzież pod okiem maga kształciła się, chłopcy ćwiczyli się w walkach, dziewczęta w sztukach. Najważniejsi z dość licznej dzieciarni byli oczywiście Begeld, Bredegar, Blodeuwedd i Bianka, dzieci Eywora i Ingi oraz Groa, córka Ermengardy. Ingwald zapamiętał Begelda jako zamkniętego w sobie chłopaka, który nie potrzebował wiele mówić, by zadośćuczynić swojej woli. Podczas gdy Bredegar i Groa nieraz wybuchali gniewem, by zaraz potem błagać i przepraszać, Begeld po prostu robił, co chciał, nie mówiąc więcej, niż było to absolutnie niezbędne.
Z czasem, gdy dzieci podorastały, musiały powyjeżdżać, aby uzupełnić edukację. Blodeuwedd i Bianka, jako że ich matka pochodziła ze Szmaragdów, pojechały do swojej siedziby rodowej, aby tam już zamieszkać, poznać się z krewnymi matki i aby damy ze Szmaragdów mogły objąć je swoją opieką. Groa trafiła na dwór królowej, jako jedna z panien królewskiego fraucymeru. Najjaśniejsza Pani Aurelia akurat w tamtym czasie odwiedzała swoich zagranicznych krewnych i już wkrótce do Ody zaczęły przychodzić listy, w których Groa zachwycała się pierwszymi wrażeniami z morskich podróży. To wtedy pierwszy raz Ingwald poczuł lekkie ukłucie tęsknoty za szerokim światem. Na razie jednak usunął te myśli z głowy. Bredegar został wysłany do stolicy. Jeden Begeld musiał pozostać. Ingwald pamiętał tamten moment, kiedy chłopak dowiedział się, że nigdzie nie pojedzie. Stał wtedy przed ojcem i patrzył w okno.
– Dlaczego tak? – wyrzucił z siebie z tłumionym gniewem.
– Będziesz moim dziedzicem, musisz tu poznać każdą piędź ziemi, każde drzewo, każdy młyn.
– A Groa już nie musi? – zapytał z przekąsem Begeld.
– Męską rzeczną jest strzec i bronić tu na miejscu, a kobiecą – zdobywać sojuszników i kontakty. Nie rozumiem cię, wiedziałeś o tym od zawsze – powiedział Eywor z lekkim zdziwieniem. Begeld ścisnął pięści, ale skłonił się ojcu i już nie poruszał tematu, gdy razem wyjeżdżali do dzierżawców i pilnowali interesów i napraw.
Tak upłynęło pięć lat. Bredegar na wezwanie ojca wrócił z wojaży. Tak się złożyło, że w tym samym czasie rodzinny dom odwiedziła również Groa. Było to spowodowane zarazą, która w owym czasie zbierała żniwo w Kormie. Okazało się więc, że Bredegar i Groa spotkali się, niespodziewanie dla siebie, w domu rodzinnym. Zrobili wrażenie na wszystkich: ona w pięknej zielonej sukni, z czarnymi warkoczami upiętymi w wymyślną fryzurę, z piękną lutnią podarowaną przez Najjaśniejszą Panią, on zaś z przystrzyżoną modnie brodą, z mieczem i hełmem wykutym przez mistrzów ze stolicy – i oboje chętnie rozprawiający godzinami na temat dworskich plotek, trendów w sztuce i wieści politycznych. Ludzie z Ody słuchali opowieści ze świata z zapartym tchem, Begeld tylko milczał. Oczywiste stało się, że Bredegar i Groa zbliżyli się do siebie – jednak stopień tego zbliżenia wyszedł na jaw dopiero wtedy, gdy Groa przyznała się do zajścia w ciążę.
Skandal udało się prędko zatuszować, gdy wzięli pospieszny ślub, oznaczało to jednak, że młodszy ożenił się przed starszym, dziedzicem pozycji męskiej głowy rodu. Ponadto, Groa była ostatnią kobietą z Rubinów, co oznaczało, że jeżeli nie urodzi córki, jej majątek przypadnie Koronie. Wszyscy mieli więc nadzieję, że urodzi się córka, tak się jednak nie stało. W sześć miesięcy po ślubie pojawił się syn, mały Terwagant, dwa lata później Tybald. Gdy niemowlę liczyło sobie trzy miesiące, Groa niespodziewanie miała zapaść. Bredegar, nie pomnąc na nic, dniami i nocami czuwał przy jej łożu, a konsylium złożone z najlepszych uzdrowicieli robiło wszystko, by uratować młodą matkę. Udało się to, lecz wyrok był krótki i jednoznaczny: żadnych więcej dzieci, serce nie wytrzyma.
Tym samym kwestia znalezienia małżonki dla Begelda stała się paląca, tym bardziej, że musiała to być kobieta, gotowa wyrzec się swojego herbu. Gdyby tego nie zrobiła, potencjalna córka nie mogłaby zostać żeńską głową rodu, wszak dziewczęta dziedziczyły po matce, a chłopcy po ojcu. Ermengarda i Groa pisały więc listy do znanych sobie matek, opiekunek i swatów. Czas mijał. Rodzina Bredegara zdobywała sobie sympatię i szacunek ludzi na dworze, dzierżawców i sąsiadów. Begeld doskonale to wyczuwał. Raz mruknął do Ingwalda:
– Niech oni tu już sobie urządzają wszystko jak chcą, ja bym chciał tylko uciec stąd i nic więcej…
Ingwald spojrzał na niego pytająco. Begeld uśmiechnął się półgębkiem, klepnął go po ramieniu i wyszedł.
Wreszcie któregoś dnia stanął przed rodzicami i oświadczył, że wyjeżdża w poszukiwaniu małżonki. Jak zapowiedział, tak zrobił. Wziął ze sobą tylko jednego człowieka. Przez dwa lata napisał trzy razy. W pierwszym liście oświadczał, że dotarł do stolicy i zamierza w niej pozostać, w drugim prosił, żeby go nie ponaglać ani nie dawać wiary plotkom na jego temat, w trzecim zaś oznajmiał, żeby przygotować wszystko na jego powrót – z małżonką.
I rzeczywiście, wkrótce potem zjawił się z młodą kobietą, którą przedstawił jako Idun z Rubinów. Kategorycznym tonem nakazał wszystkim szacunek dla niej, ale i tak okazało się to niewystarczające wobec faktów, które wyszły na jaw. Idun w ogóle nie była szlachcianką.
Eywor, Inga i Ermengarda odnieśliby się ze zrozumieniem do tego, że ich syn poślubił pannę spoza największych rodów – wszak przyjęcie imienia męża oznaczało wyrzeczenie się praw rodowych, a na to potomkini panów z Kamieni zdobyć się nie mogła. Przełknęliby też może fakt, że kolejny syn, i to dziedzic tytułu, ożenił się niezgodnie ze zwyczajem: bez swatów, odwiedzin u rodziców wybranki, podarków, wymiany rodowych pierścieni zrękowinowych i tradycyjnej uczty z odczytaniem majętności wnoszonych przez obie strony. Jednak gdy dowiedzieli się, że wybranka ich syna w ogóle nie miała herbu ani praw, albowiem była córką kupca, handlującego lustrami – wszyscy jak jeden mąż wpadli w furię i nawet olbrzymi posag młodej żony nie mógł załagodzić ich gniewu.
Ingwald do dziś nie mógł powstrzymać dreszczy, gdy myślał o tamtym okresie w Odzie. Idun była obdarzona naprawdę wielką urodą, miała bardzo jasne włosy, orzechowe oczy i wręcz białą skórę, połączenie niespotykane wśród herbowych spośród Kamieni. Z perspektywy czasu rycerz rozumiał, że ta odmienność Idun mogła zauroczyć Begelda i nawet się temu nie dziwił. Gdy ubierała się w jasne suknie, wyglądała jak piękna zjawa. Jednak nawet jej wyjątkowy urok nie mógł przełamać muru niechęci. Podczas nieobecności Begelda Bredegar i jego żona zdążyli wyrobić w sobie mocną pozycję. Z ich zdaniem się liczono, a choć zamartwiano się brakiem dziewczynki, nikt oczywiście nie przypisywał im winy. Terwagant i Tybald stali się ulubieńcami większości domowników. Begeld ze swoją nowo poślubioną małżonką niegodnego pochodzenia wtargnęli w uporządkowane życie trzech pokoleń.
Zaczęły się kłótnie, niekiedy kończące się nawet rękoczynami. Ludzie na zamku rychło podzielili się na frakcje, a osią podziałów była zgoda lub niezgoda na obecność Idun. Eywor i Ermengarda zażądali rozejścia się pary, lecz Idun roześmiała się tylko, a Begeld odparł:
– Otrzymałem wasze polecenie wyszukania takiej małżonki, której mógłbym użyczyć swojego imienia. Oto jest, sam król wyraził zgodę na nasz związek. Nasze dzieci obojga płci będą nosić miano Rubinów.
Jednak nie zakończyło to konfliktu, zwłaszcza gdy okazało się, że Idun pod ujmującą powierzchownością skrywała wcale nie miękki charakter, zahartowany dodatkowo przez całkiem dobrą znajomość świata. Otwarcie krytykowała wszystko, co wydawało jej się przestarzałe lub niegodne tak starego i szlachetnego rodu jak Rubinowie. Z zapałem neofitki dowodziła więc, że konie w stajniach należy sprzedać i zakupić rumaki szlachetniejszej rasy, a do tego ozdobić siodła i czapraki; że do zastawy stołowej należałoby dołączyć więcej pucharów z rubinami; że w hallu i reprezentacyjnej komnacie gobeliny są już od dawna zetlałe i z niemodnymi wzorami. Zwracała również uwagę, że obecnie w miastach i na dworach zwyczajem stało się zamawianie portretów – a w Odzie nie było ani jednego. Rzecz jasna, te jej uwagi pogłębiały tylko istniejące podziały wśród domowników. Begeld ulegał żądaniom małżonki, mógł sobie na to pozwolić ze względu na jej posag. Zamówił więc malarza i ściany pokryły się freskami, kazał zrobić nowe stoły i ławy do ich małżeńskiej komnaty. Umówione hafciarki pokryły tkaniny wzorem z Rubinem, obszytym złotą nicią. Przy stołowych nakryciach pojawiły się miseczki z wodą różaną do płukania ust. Idun kazała też sporządzić kilkanaście swoich miniatur, oczywiście z naszyjnikiem z Rubinem. Przy każdej wizycie znacznego gościa z wdzięcznym uśmiechem darowała mu swoją podobiznę, prosząc o łaskawą pamięć. Wkrótce moda na wręczanie podobizn pojawiła się również na pomniejszych dworach, a któregoś dnia sam Geryn podczas audiencji z łaskawym uśmiechem przyjął podarowany mu portret.
Groi rzecz jasna się to nie podobało.
– Dlaczegóż to – zapytała chłodno któregoś dnia, gdy przebywały same w jednej z komnat – sądzisz, droga siostro, że tak przyjemnie jest innym patrzeć na twoją twarz?
– Ponieważ jestem piękna – odparła Idun z prostotą – a poza tym, chcę, by inni o tym pamiętali. To może mi kiedyś pomóc w nieszczęściu.
– Prawa stanowią, że w nieszczęściu zwracasz się po pomoc w pierwszej kolejności do pani lub pana rodu, a nie do obcych. Doprawdy dziwię się, że jeszcze muszę cię o tym pouczać – zauważyła Groa.
Idun uśmiechnęła się.
– Pouczaj mnie, wszak to twój obowiązek. Wypełniaj chociaż ten, skoro nie umiałaś zadbać, by siedziba tego twojego ukochanego rodu odpowiadała jego randze – odparła spokojnie.
Groa najpierw spurpurowiała, potem pobladła i osunęła się na ławę, ciężko dysząc. Idun zawołała na któregoś z ludzi. Zaalarmowany przez sługę, nadbiegł jej mąż, za nim jego brat.
– Co zrobiłaś mojej żonie, ty… ty… Sprowadzić uzdrowiciela! - wykrzyknął Bredegar, odsuwając szorstko Idun i siadając przy małżonce.
To Ingwald rzucił się pędem, by zaalarmować maga. Groa oddychała ciężko, jej czoło pokrywał pot, ale wciąż zachowywała przytomność.
Begeld obrzucił bratową krótkim spojrzeniem i obronnym gestem objął żonę, która oparła głowę na jego ramieniu i wyzywająco patrzyła w oczy Bredegara, który na zmianę szeptał czule do Groi i zaciskał pięści.
Mag i jego pomocnik felczer przybyli szybko. Zajęli się chorą, wypraszając wszystkich, nawet jej męża, który za drzwiami komnaty wrzasnął do brata:
– I po co sprowadziłeś tę parweniuszkę… tę wynoszącą się nad wszystkich wywłokę…
Begeld wycedził przez zęby:
– Bacz, co mówisz o mojej żonie.
– Pluję na twoją żonę! - wrzasnął Bredegar, w zapamiętaniu wyciągnął nóż zza pasa i rzucił nim w brata. Trafił prosto w serce. Idun, w szoku, odruchowo spróbowała pochwycić osuwającego się męża, Ingwald wrzasnął, a Bredegar stał, przerażony tym, co uczynił.
…Groa przeżyła, choć przez jakiś czas potrzebowała wzmożonego odpoczynku. Eywor, Inga i Ermengarda byli wstrząśnięci tym, co się stało. W ciągu kilku godzin postarzali się o kilkanaście lat. Żadne z nich nie przypuszczało, że dożyje dnia, w którym brat zabije brata… cała trójka jednak zachowała na tyle przytomności umysłu, żeby od jedynych świadków, czyli Ingwalda i Idun, uzyskać przysięgę na cześć i honor, że nikomu nie zdradzą, co wydarzyło się między Bredegarem i Begeldem. Wstrząśnięci, postraszeni opowieściami o możliwych procesach, a nawet konfiskacie dóbr, w tym również posagu Idun, złożyli ją niemal od razu, zanim zdążyli się zastanowić nad rzeczywistymi konsekwencjami. Szczególnie Ermengarda intensywnie roztaczała przed nimi obrazy klęski porównywalnej z tym, co spotkało ród Diamentów, o których może często nie mówiono, ale o których bardzo dobrze pamiętano. Ingwald potem wielokrotnie zastanawiał się, jak to się stało, że wówczas ani on, ani Idun nie przemyśleli sprawy dokładnie, zanim zgodzili się ukryć czyn bratobójcy. Ale zanim się opamiętali – stało się. Sprawa nie wydostała się więc nigdy poza Odę i nawet Blodeuwedd i Bianka nie znały rzeczywistego przebiegu wydarzeń. Według oficjalnej wersji, Begeld uległ nieszczęśliwemu wypadkowi podczas jazdy konnej.
W tamtym okresie, gdy wszyscy wtajemniczeni starali się zatuszować bratobójstwo, Ingwald został uprzejmie poproszony o przygotowanie się do odjazdu z zamku. Musiał jeszcze raz zaręczyć słowem, że nikomu nie wyjawi tajemnicy. Alternatywy właściwie nie miał: powiedziano mu wprost, że gdyby odrzucił propozycję, ród wyrzekłby się go za jakieś wyimaginowane przewinienie, którego świadkowie na pewno by się znaleźli. W zamian za współpracę zaś miał otrzymać listy polecające do dworu w Harii, konia, zbroję, broń i wszelką pomoc w nauce sztuk rycerskich. Zezwolono mu nawet, dla zachowania pozorów, by wyjechał nie od razu, lecz po najbliższym turnieju.
Ermengarda i Eywor zawsze dotrzymywali słowa.
Ingwald do dziś z goryczą wspominał tamten czas. Już wtedy zrozumiał, że został – w uprzejmy sposób, ale jednak – wygnany z własnej rodowej siedziby. I nikomu nie mógł się na to poskarżyć, bo nikt by mu nie uwierzył. Takie rzeczy po prostu się nie zdarzały.
Czasem wracała do niego tamta noc, gdy po rozmowie z Eyworem i Ingą leżał na sienniku, nie mogąc zasnąć, przerażony na myśl o czekającej go bezbronności i samotności.
Idun, Bredegar i Groa oficjalnie przeprosili się i od tamtej pory wymieniali się uprzejmymi uśmiechami. Ingwald nie wiedział, w jaki sposób zmuszono Idun do zachowania tajemnicy. Czy była to szczera rozmowa, czy podstęp lub szantaż – tego nie wiedział, lecz nawet najlżejsza wzmianka nie wydostała się z jej ust. Idun straciła głównego obrońcę w domu pełnym ludzi, którzy odtąd mogli oficjalnie okazywać jej swoją wzgardę – lecz nie czynili tego długo, okazało się bowiem, że Idun była w ciąży. Odtąd cała troska starszyzny skoncentrowała się na niej, niezależnie bowiem od płci dziecka, miało ono w przyszłości zająć najwyższą pozycję w wśród Rubinów. Eywor i Ermengarda czynili wiele wzmianek na ten temat. Bredegar i Groa zaś, gdy zdarzało im się je usłyszeć, milczeli.
Z okazji narodzin małego Pwylla syna Begelda z Rubinów, przyszłego pana na Odzie, urządzono turniej, podczas którego Ingwald miał okazję pierwszy raz się odznaczyć.
To był odegrany z rozmachem spektakl, mający na celu potwierdzenie chwały domu Rubinów i objawienie wszystkim przyjście na świat dziedzica, i, pośrednio, potwierdzenie jego praw do przyszłej pozycji. Eywor i Ermengarda nadzwyczaj starannie zajęli się przygotowaniami do tego wielkiego wydarzenia. Swoim przybyciem uświetnili je niedawno koronowana para małżeńska: Geryn i Cecylia. Przygotowane szranki, dekoracje – rzeźby, bramy i żywe obrazy, uczty, pokazy żonglerów i iluzjonistów, pieśni minstreli, dostojni sędziowie, piękne damy, którym oddawano hołd, czy wreszcie sami uczestnicy, największe znane ówcześnie imiona, w kosztownych zbrojach, z orszakami, mówiący chyba wszystkimi językami świata – to wszystko razem wręcz upajało Ingwalda. Gdy oglądał inscenizację zdobycia zamku z uwięzioną damą, krzyczał do walczących co sił w płucach. A gdy jeszcze w jednej z potyczek pokonał bardziej doświadczonego przeciwnika i, stał dysząc ciężko, a krew jeszcze buzowała mu żyłach, podczas gdy z ław na podwyższeniu rozlegały się gromkie brawa, a sama królowa uśmiechała się do niego życzliwie, gdy wręczała mu złotą różę – wtedy niespodziewanie poczuł się szczęśliwy. Pokonany przeciwnik zapłacił mu potem sowity okup, a wówczas Ingwaldowi błysnęła myśl, że potyczki turniejowe to wcale nie jest zły pomysł na życie.
Wkrótce potem wyjechał. Nowe miejsca, zadania i wyzwania pochłonęły go całkowicie, dowiadywał się jednak kolejnych nowin: Eywor zmarł. Wkrótce po nim Inga. Na końcu Ermengarda, tak i nie doczekawszy się małej dziedziczki jej pozycji. Idun, powierzywszy potomka opiece Bredegara, by wychował go wraz ze swoimi synami, wyjechała do Kormu, gdzie, zakupiwszy i urządziwszy ze smakiem dom, przejęła handel lustrami po zmarłych rodzicach i całkiem sprawnie nim zarządzała. Ingwald, gdy zdarzyło mu się o tym rozmyślać, nie dziwił się jej – odczuwała pewnie ogólną niechęć wszystkich do siebie, a chciała synowi zapewnić najlepszą przyszłość – cóż więc bardziej naturalnego, niż pozostawić dziecko stryjowi, żeby wychował je tak, jak odpowiadało to przyszłej randze młodego człowieka? Idun nie miała ani takich koligacji, ani możliwości – mimo wszystkich swoich pieniędzy.
Więc ostatecznie, Bredegar i Groa, nie ograniczeni nikim i niczym w prawach i obowiązkach, osiedli spokojnie w Odzie, mając w swojej pieczy dwóch własnych synów i jednego cudzego. Ingwald zaś, eskortując Cormaka, przygotowywał się wewnętrznie na spotkanie ze swoim pierwszym domem i jego mieszkańcami.
Wyjeżdżał jako przerażony młody człowiek, wracał jako okryty chwałą turniejów rycerz, słynny ze swoich umiejętności, odwagi i honoru, bywalec dworów, znawca języków, obyczajów i etykiety, wreszcie właściciel wcale pokaźnego majątku, który przez te lata zdołał zgromadzić dzięki zdobyczom turniejowym i okupom. Jego imię samo w sobie stało się poręką uczciwości i biegłości w dworskich niuansach. Już samo to, że pierwszym miejscem, które odwiedził po powrocie do kraju, był dwór królewski w Jaskółczym Gnieździe, świadczyło o jego dokonaniach. Stąd też zachowanie Morholta godziło też w dobre imię samego Ingwalda i trudno mu było to przeboleć. Lecz cóż, stało się, należało teraz zaplanować dalszą drogę. Gdy już Cormac bezpiecznie dotrze na miejsce, po złożeniu stosownych wyrazów uszanowania głowom rodu oraz młodemu Pwyllowi, Ingwald zamierzał jeszcze odwiedzić siostrę, zamieszkać u niej, w międzyczasie kończąc przebudowę własnego domu i wreszcie osiąść w nim, a nawet – kto wie – może ożenić się i spłodzić dzieci. Z początku zdobywał majątek z myślą o niezależności i ożenku, z czasem jednak, przekonawszy się, że zadanie to było żmudne i długotrwałe, porzucił myśl o założeniu rodziny, będąc świadomym, że nie mógłby zaoferować żonie stabilności i bezpieczeństwa. Jako rycerz turniejowy, nieustannie musiał jeździć z miejsca na miejsce i narażać się na kontuzje i śmierć. Teraz jednak – trochę pod wpływem spotkania z Sigrlin z Topazów, doprawdy uroczej młodej kobiety, zmienił zdanie. Czemu ten Morholt okazał się tak niegodny zaufania? Ingwald uświadomił sobie, że chciałby jednak pozostałe lata życia spędzić u boku osoby, która stałaby się jego podporą i towarzyszką. Podczas ostatniej audiencji Geryn III, w podzięce za rozsławianie imienia Janaru, podarował mu pokaźny kawał ziemi oraz dwór, który należało ulepszyć i rozbudować. Kontuzja barku wykluczała dalszy udział w turniejach, mógł więc bez ujmy na honorze osiąść spokojnie w majątku. Wiedział, że znalezienie odpowiedniej kandydatki na żonę nie będzie łatwe, przyzwyczaił się do kobiet wykształconych i obytych w świecie, które prędko znajdowały mężów wśród największych. Był jednak świadom, że z taką niewiastą, która nie widziała nic prócz swojej kądzieli, już nie znalazłby wspólnego języka. Lecz, kto wie, może w Odzie akurat przebywa odpowiednia kandydatka?
Ale Groa… i młody Pwyll. Ile wiedzieli tamci dwoje, kobieta i dzieciak? Jeżeli wiedzieli – to jak żyli? Jeśli nie wiedzieli – jak on będzie mógł z nimi rozmawiać?
Dręczył się tymi myślami i nawiedzały go złe przeczucia, gdy pokazywał Cormakowi wyłaniające się zza wzgórz wieże Ody.
Intuicja go nie zawiodła. Dotarli w końcu do zamku, przedzierając się przez skupiska wynędzniałych uciekinierów, czekających na zupę z zamkowej kuchni. Cormak spoglądał obojętnie, ale Ingwald poczuł mieszaninę przerażenia i przykrości: kolejka do posiłku ciągnęła się długo, słychać było płacz dzieci, muczenie wynędzniałych krów i przekleństwa kobiet i mężczyzn. Patrząc na te setki ludzi, Ingwald pierwszy raz miał okazję dogłębnie odczuć, jak wielka katastrofa dotknęła Janar. A za tym odczuciem niemal natychmiast pojawiło się pytanie: co z tym robi król? A magowie – czy podjęli jakieś działania? Ingwald ukradkiem zerknął na Cormaka, ale ten pozostał niewzruszony, zatopiony w myślach.
Konie przekroczyły podwoje zamku i zaczęły iść stępem wzdłuż szpaleru służby na dziedzińcu. Na końcu, pośród domowników, stali Bredegar i Groa w paradnych szatach. Obok nich dumnie prezentował się wysoki młodzieniec. Widoczne z daleka podobieństwo do Terwaganta, poznanego w Wiernirze, podpowiedziało, że to musiał być jego brat, Tybald. Ingwalda zastanowiło, że nigdzie nie mógł dostrzec kogoś, kto przypominałby młodego Pwylla, któremu przecież – mimo że miał piętnaście lat – należało się powitanie zaraz po panu i pani z Rubinów.
Podróżni dojechali powoli do czekającej gromadki. Bredegar i Groa postąpoli krok naprzód na powitanie gości. Ależ się postarzeli, pomyślał Ingwald, świadom, że o nim mogliby powiedzieć to samo. Spodziewał się wylewnego powitania, fałszywych uśmiechów i niespokojnych oczu. Zamiast tego ujrzał dziwnie poważne miny, jakby wszyscy naraz pozowali do paradnego portretu.
Dziwne, pomyślał Ingwald, nastroje zupełnie jak na stypie.
Nie zdążył wygłosić zwyczajowej formuły powitania. Groa, nie siląc się na uprzejme wstępy, spojrzała Ingwaldowi prosto w oczy i powiedziała powoli:
– Sigrlin z Topazów stała się wylwą, wzięli ją do Heltzgrot. Wkrótce potem nadciągnęła jedna z tych wędrujących band. Wiernira padła, wszyscy nie żyją.
Ingwald patrzył na nią w milczeniu. Nie od razu pojął, co to właściwie oznaczało. Dopiero po chwili zrozumiał. Ich syn, Terwagant. Siostry, Blodeuwedd i Bianka. Hermina. Sinfjotl. Kasylda. Sigrlin… Ingwald zachwiał się. Jego pachołek Geirmund zaraz go troskliwie podtrzymał. Cormac odchrząknął i wymamrotał coś niewyraźnie. Przez chwilę trwała cisza. Wreszcie Ingwald zapytał:
– I co teraz?
Po chwili Bredegar, patrząc gdzieś w dal, wycedził:
– Zbroimy się

sobota, 2 maja 2020

Podzielona Kraina - III.10


Zebranie odbyło się w stodole Warcisława. Zarówno on, jak i Luboma, ze względu na swoją prawość, uczciwość i stateczny wiek zostali wybrani przez sąsiadów na sędziów. Rohałt poparty przez Miłoradę i Stoigniewę rzucił oskarżenie na Dziewannę o umyślne skrzywdzenie jego córki. Na podejrzaną narzucono plecionkę z ziół, aby nie mogła nikogo zauroczyć spojrzeniem lub słowem.
Zarówno Warcisław, jak i Luboma mieli zatroskane miny. Nie w smak im było sądzić kobietę, która zaledwie kilka dni wcześniej utraciła ukochane dziecko. Jednakże druga dziewczynka zaginęła, a Rohałt nie zwykł rzucać oskarżeń pochopnie – więc zarówno gorąca prośba wszystkich, jak i poczucie własnej powinności nakazały im obojgu przyjrzeć się całej sprawie.
Paru chłopaków już wcześniej obiegło wszystkie chaty obwieszczając, że o zachodzie słońca odbywa się sąd i że należy zjawić się, aby sprawa miała jak najwięcej świadków, by potem można było jednogłośnie poświadczyć, że wszystko odbyło się godnie i uczciwie. Już wkrótce zjawili się powiadomieni sąsiedzi i zasiedli na zydlach. Oprócz powinności kierowała nimi ciekawość – sądy odbywały się nieczęsto, każdy wiedział, co wolno, a czego nie. Niektórzy sarkali na Rohałta, że śmiał niepokoić matkę w tak trudnym czasie.
Dziewanna stała i nie patrzyła na nikogo. Miała zacięty wyraz twarzy. Jej ręce drżały.
Warcisław odchrząknął:
– Córka Rohałta z wielmożnych, Olwen, dziś zagubiła się. Stoigniewa mówiła, że widziała ją, jak szła z Dziewanną w stronę cmentarza. Rohałt z wielmożnych uważa, że jego córka zgubiła się, bo Dziewanna ją zwiodła. Dziewanna mówi, że nic dziewczynie nie robiła. Nie wie, co się stało z Olwen, że jej wciąż nie ma. Jesteśmy tu więc, by rozsądzić, czy Dziewanna nie zrobiła dzieweczce jakiej krzywdy, umyślnej lub nieumyślnej.
Zgromadzeni mruknęli na znak, że rzecz była dla nich zrozumiała.
Luboma odchrząknęła.
– Dziewanno, czyście szli dziś z Olwen na cmentarz?
– A szłam.
– Po cóżeście tam zmierzali?
– Ażeby usypać kopczyk córce...
Głos jej drgnął i załamał się. Wyraźnie stropiona Luboma ciągnęła:
– I jak, usypaliście?
– Nie usypałam, sił zabrakło.
– A Olwen była z wami?
– Była.
– Skąd się wzięła?
– Sama chciała. Jak jej powiedziałam, że sypię kopczyk, chciała iść ze mną. Dla przyjaciółki.
Znów umilkła.
– I co potem?
– Doszłyśmy, patrzę, a jej nie ma. Wołałam, nic nie odpowiadała.
Warcisław dopytał:
– Prawdę mówicie, Dziewanno?
– Prawdę.
Wtedy od drzwi stodoły rozległ się głos:
– A czy przysięgniesz, Dziewanno?
W wejściu stanęła Wiedźma ze śpiącą Olwen na rękach. Rohałt i Miłorada natychmiast do nich podbiegli.
Dziewanna pobladła. Milczała.
– Czy przysięgniesz? - powtórzyła Wiedźma.
Zapytana powiodła spojrzeniem wokół, spuściła wzrok, po czym podniosła oczy i hardo powiedziała:
– Tak.
– A na co? - drążyła Wiedźma.
– Niechaj grom z jasnego nieba uderzy, jeśli kłamię.
Powiedziała to i przez chwilę nic się nie wydarzyło, zdążyła się więc rozluźnić, a ludzie wokół poruszyli się niespokojnie i zaczęli szeptać między sobą. Lecz już po chwili za plecami Wiedźmy coś błysnęło i usłyszeli trzask ognia. Wszyscy zerwali się z miejsc i wybiegli na zewnątrz.
To płonęło domostwo Dziewanny. Ogień ogarnął wszystko, od klepiska po dach. Nikt nawet nie próbował go gasić. Zebrani mężczyźni i kobiety jak jeden mąż odsunęli się od skamieniałej Dziewanny, tworząc w pewnej odległości półokrąg. Co poniektóre kobiety splunęły przez lewe ramię.
Wiedźma przekazała Olwen Rohałtowi, szeptem wyjaśniając niani, jakie wywary należy podać dziewczynce, by przepędzić zło z jej ciała i duszy. Potem głośno powiedziała:
– Dziewanna kłamała.
I pokrótce wyjaśniła, co zaszło.
Wyrok mógł być tylko jeden: Puszcza.

11.
Niania przeraziła się, jak bardzo wychowanka zmizerniała w ciągu tych paru godzin. Wzdrygnęła się, widząc jej twarz.
– I to już tak będzie? – zapytała.
– Tak – odparła Wiedźma.
– Cóż za nieszczęście…
– Była za blisko umarłych.
– Czy oni będą na nią teraz czyhać? – zapytała niania ze spokojem.
Wiedźma wzruszyła ramionami.
– A na kogo nie czyhają?
– Powiedzcie, Wiedźmo.
Zapytana zwlekała. Wreszcie odpowiedziała z ociąganiem:
– Spotkała tych, którzy byli lub będą jakoś z nią związani tu, po tej stronie. Oni poznali ją, a ona ich – a wtedy głośniej słychać, mocniej czuć i trudniej zapomnieć. Po części już ją mieli, ale dziewucha okazała charakter i wolę. Teraz będzie widziała, słyszała i czuła więcej. Jak ktoś usłyszy, jak go wołają, może pójść za tym, co woła, zwłaszcza kiedy zna głos. Ale i przemówić do niego, a to nie każdemu zostało dane.
Rohałt skonstatował:
– Ocaliłyście ją, Wiedźmo.
– Tak – potwierdziła.
– I to już drugi raz.
– To prawda.
– Jej życie jest więc splecione z waszym.
– I to podwójną nicią – zauważyła z lekkim uśmiechem.
– Wasza wola, jak będziecie chciały odzyskać swój dług. Tak się zdarzyło, żeście splotły losy, a jej dalsze życie jest waszym darem, więc cokolwiek postanowicie, to będzie wasza wola, której ja się nie sprzeciwiam.
Mówił to w sposób nietypowy dla siebie, uroczysty i dumny. Wiedźma skłoniła głowę przed ojcowską decyzją. Potem spojrzała w oczy Miłoradzie. Dwie stare kobiety patrzyły przez chwilę na siebie, wreszcie Wiedźma odeszła powoli w stronę gromady, która miała eskortować Dziewannę.
Rohałt przytulił mocno córkę, a niania leciutko pogłaskała ją po twarzy z lewej, teraz przeraźliwie białej strony. W pierwszej chwili cofnęła dłoń – policzek był zimny. Zaraz palce musnęły skórę dziecka z powrotem i nie przestały jej gładzić przez cały pospieszny powrót do domu.
Kto tylko mógł, odprowadził Dziewannę na ścieżkę wiodącą do Puszczy. Szli cicho, jak w kondukcie pogrzebowym. Bo też i wyrok, choć w formie nie mówił o śmierci, w treści zawierał ją zupełnie.
Gdy zbliżali się do krzaków bzu, sędziowie, Warcisław i Luboma, skłonili się w pokorze przed Dziewanną, mówiąc:
– Wybaczamy ci. A ty przebacz nam.
– Przebaczam – szepnęła.
Odeszli, nie odwracając się. Wówczas wszyscy następni, dawni przyjaciele i sąsiedzi, również podchodzili pojedynczo, skłaniali się, przepraszali i prosili o wybaczenie, a Dziewanna, spokojnym, martwym głosem, niezmiennie go udzielała.
Wreszcie została przy niej tylko Wiedźma.
– I cóż tu sterczycie? – zapytała Dziewanna szyderczo. – Pilnujecie, czy pójdę za bez? A pójdę, pójdę. Cóż mi biednej pozostało… Ani męża… ani dzieci… a teraz – nawet własnego domu…
Wiedźma stwierdziła po chwili:
– Ciężko wam bez córeczki.
– Jedyna ona u mnie była, jedyna matczyna radość… A kiedy ją utraciłam, pomyślałam… co zostanie po mnie? Nic… Ludzka pamięć jak wiar ulotna, a dzieci… dzieci pozostają, i wnuki, choćby nie pamiętali o nas, ale cząstka… choćby tylko… ale dla mnie nie ma nic.
Wiedźma milczała.
– Wiecie, gdy przyszli z tą straszną wiadomością, że jej już nie ma, pomyślałam… pomyślałam, że nie ma nawet imienia dla tak nieszczęsnej istoty jak ja. Gdy dziecko zostaje bez rodziców, jest sierotą, gdy żona bez męża – wdową. A gdy matka straci dziecko, to kim ona się staje? Chyba wiecznie krwawiącą raną, po której już nic i nikt…
Otarła oczy prawą ręką, tą ze znamieniem.
– Chciałabyś, aby pozostał po tobie ślad? - zapytała Wiedźma.
– Tak. Aby coś ze mnie, jakaś cząstka mnie, wciąż chodziła po świecie, gdy ja sama już umrę.
– Mogę ci w tym pomóc. Pozwolisz mi? - Wiedźma uśmiechała się krzywo, ale kobieta nie zwracała na to uwagi, wpatrzona w krzaki czarnego bzu.
– Tak… - odparła cicho.
Wówczas twarz Wiedźmy zmieniła się nie do poznania. Nagle wydłużyły jej się kły, a rysy nabrały zwierzęcych cech. Doskoczyła do zaskoczonej Dziewanny, odchyliła jej głowę i wpiła się zachłannie w szyję. Dziewanna wydała kilka zduszonych okrzyków i umilkła. A Wiedźma wciąż piła, dopóki nie nasyciła się. Wówczas wypuściła kobietę z rąk – lewej, takiej jak dotychczas, i prawej, na której pojawiło się charakterystyczne, nieregularne znamię. Bezwładne ciało upadło na śnieg.
Wiedźma stanowczym krokiem poszła w swoją stronę. Raz tylko się obejrzała, aby spojrzeć na trupa – ale już podążały w jego stronę wilki.

Podzielona Kraina - III.9


Olwen szła coraz wolniej. Oddychała ciężko suchymi ustami i usiłowała odwrócić uwagę od ssania w żołądku. Daremnie próbowała się opatulić peleryną, by choć trochę ogrzać lodowaciejące ciało. Nie miała więc siły na rozmyślanie o sytuacji i wykrzesanie pomysłów. Stać ją było tylko na to, by iść za upiorem, krok, potem następny, i jeszcze kolejny. Zupełnie straciła rachubę czasu. Chwilami zdawało się jej, że musiało minąć już wiele czasu, może nawet dni. Potem niedawne przeżycia zlewały jej się w jedno i wydawało się, że upłynęła zaledwie chwila. Czas zakręcił się i porozdzielał. Olwen kilka razy złapała się na myśli, że Zazula przecież jeszcze nie zginęła, skoro ją prowadzi – dlaczego więc tak uparcie milczy?
Tymczasem umarła przyjaciółka płynęła dalej i dalej przez kolejne odnogi korytarzy. Roje ogników wciąż im towarzyszyły. Czasem Olwen zdawało się, że oprócz światła wydawały jeszcze dźwięki - szepty na granicy słyszalności. Ale gdy wsłuchiwała się uważniej, wszystko znikało.
Dotarły do kolejnej ogromnej komnaty. W pierwszej chwili jej blask oślepił Olwen. Gdy po chwili znów mogła widzieć i dostrzegać, ujrzała, że w ścianach pomieszczenia, na kamiennych półkach, stało mnóstwo świec. Miały różną długość, kształt i kolor. Jedne dopalały się, inne – zdawało się – samoistnie zapalały. Nie sposób byłoby je policzyć. Rozmigotany blask wypełniał cały ogrom komnaty.
Kto je przynosi i zapala, zastanawiała się, podchodząc do jednej z półek i przyglądając się migoczącym płomieniom.
Kto ma takie bogactwo, żeby je wszystkie wytworzyć?
I jak to się dzieje, że mimo płomieni, mnie jest wciąż tak przeraźliwie zimno?
Zafascynowana, chodziła od świecy do świecy, podziwiała ich piękno i różnorodność. To nowe widowisko rozwiało na moment jej zmęczenie, więc wędrowała jakiś czas, póki nie poczuła dotknięcia na ramieniu. Wzdrygnęła się i obejrzała – to zimna, oślizgła dłoń Zazuli wyraźnie dawała do zrozumienia, by podążać dalej. Olwen westchnęła i posłusznie odwróciła się.
A do pomieszczenia wszedł mężczyzna w brunatnych łachmanach, niosący w ręku szczypce do świec. Na widok Olwen wykrzyknął:
– Dziewczynka!
I pospieszył w jej stronę.
A Zazula otworzyła oczy, wbiła pusty wzrok w Olwen i rozcapierzonymi rękami przytrzymała ją z niespodziewaną siłą. Mężczyzna stanowczym ruchem odtrącił utopioną, ujął Olwen za dłoń i pobiegł. Tymczasem ogniki wokół nich zaczęły się zamieniać w postacie. Wszystkie blade, niektóre z falującymi szatami, część z ranami, wszystkie otwierały powoli oczy.
Olwen zerknęła przez ramię. Na czele upiorów sunęła piękna kobieta z jabłkiem w ręce, a zaraz za nią – i wtedy dreszcz zgrozy przebiegł dziewczynce po plecach – Gotier. Setki upiorów stłoczyło się w komnacie i ustawiło w kręgi i korowody. Zaczęły pląsać, podrygiwać i wirować. Olwen patrzyła na to, nie rozumiejąc. Jednak mężczyzna nie pozwolił jej się przyglądać za długo, szarpnął ją niecierpliwie, więc pobiegła szybciej. Jednak umarli podążyli za nimi.
Mężczyzna poprowadził ją korytarzem do następnej komnaty, w której płynął niewielki strumień. Olwen znów poczuła pragnienie i wyszeptała ochryple:
– Pić…
Bez słowa powiódł ją do źródełka i kazał podstawić dłonie. Gdy upiła kilka łyków, smak wody wydał jej się orzeźwiający jak nigdy dotąd.
– To cię wzmocni – powiedział. – Musisz uciekać.
– Kim jesteś? – zapytała, oprzytomniawszy nieco. Uważnie rozejrzała się wokół. W uchwytach na ścianach płonęły pochodnie, oświetlając osiem żelaznych, okratowanych drzwi, zza których dochodziły męskie i żeńskie głosy, recytujące coś monotonnie w obcym języku.
– Jesteśmy Strażnikami Świec – wyjaśnił. – Ruszaj!
Popchnął ją lekko w kierunku wyjścia do następnego korytarza.
– Kieruj się zawsze w lewo i wyjdziesz do słonecznego światła – powiedział. – Spiesz się, by zdążyć przed nocą!
Nie było czasu na pytania. Olwen upiła następny łyk i pokonując odrętwienie zziębniętych nóg, pomaszerowała we wskazanym kierunku. Gdy wyszła poza krąg pochodni, znów trafiła w absolutną ciemność, człapała więc po omacku, zziębnięta, głodna i wystraszona. Przysunęła się w lewo, by wymacać ścianę korytarz. Musnęła lekko chropowatą powierzchnię. Znów nawiedziło ją uczucie, że ściany są za blisko i zaraz ją zgniotą. W panice poszukała woreczka na szyi – wciąż wisiał.
Po chwili dostrzegła migotanie ścian. Domyślając się, co to oznacza, odwróciła się powoli.
Za nią tańczyła gromada upiorów. Piękna kobieta, stojąca na ich czele, wbiła władczy wzrok w Olwen. Skądś z niej, mimo że nie otwierała ust, wydobył się melodyjny, daleki głos:
– Chodź do swojej przyjaciółki, dzielna dziewczynko.
– Nie chcę – odpowiedziała Olwen ochryple.
– Ależ chcesz. Obejrzałaś się za nią.
Ach, tak, pomyślała Olwen. Kręciło jej się w głowie i z trudem poskładała myśli: tak, zbiegaliśmy razem, we trójkę, a ja się obejrzałam na miejsce, z którego spadła...
– Nie pójdę.
– Nie chcesz iść do przyjaciółki?
Zazula, pomyślała nagle Olwen i zachciało jej się płakać. Nawiedziły ją wspomnienia wszystkich wspólnych zabaw, szeptanych sekretów, psot i przygód. Wspomniała, jak kiedyś obie, zbierając w lesie jagody, omal nie weszły do Puszczy, na szczęście w pobliżu była Wiedźma i udzieliła im solidnej reprymendy; jak obie godzinami zbierały bursztyny i muszle, wyrzucane podczas sztormu przez morze; jak skakały po nadbrzeżnych kamieniach, a fale morskie opryskiwały je, aż wracały całe mokre i z resztkami wodorostów na odzieży; jak udawały mewy; jak snuły przypuszczenia, co też znajduje się za widnokręgiem; jak razem opłakiwały ojca Zazuli, gdy utonął…
Dziewczynka zawahała się.
– Chodź, chodź – zachęciła łagodnie martwa kobieta. – Zobacz, kogo tu mam!
Obok niej pojawiły się upiory dwojga niemowląt płci męskiej. Były malutkie, ale stały pionowo i przebierały nóżkami w powietrzu. Ich małe twarzyczki z zamkniętymi oczami trwały w grymasie bólu i gniewu.
– To twoje rodzeństwo, którego nie znałaś – powiedziała kobieta. – Chcą się z tobą pobawić. Przyjdziesz do nich? Bardzo tęsknią, za tobą i za rodzicami.
Olwen z szeroko otwartymi oczami mimowolnie zrobiła krok, potem drugi i trzeci, ale zatrzymała się, gdy za jej małymi braćmi coś zawyło z wściekłością.
– Nie bój się, to poroniec, jeden z wielu, których utraciła twoja matka. Chodź do nas. Widzisz, jak wiele bliskich tu masz: twoi bracia i siostry, przyjaciele i nieznajomi, którzy chcieliby cię poznać. Chodź. Tylko zerwij woreczek, który masz na szyi.
Niania zakazali go zdejmować, miała powiedzieć Olwen, ale jej język był odrętwiały, a szczęka zesztywniała z zimna. Z trudem pokręciła głową.
Kobieta zbliżyła się do Olwen.
– Przerwij nitkę, niech woreczek upadnie na ziemię – powiedziała.
Olwen stała tylko, patrząc tępo na tańczące upiory, wśród których dostrzegała ludzi dawniej znanych i bliskich. I swoje utracone rodzeństwo.
– W zamian dam ci coś – dodała kobieta i wyciągnęła dłoń ze srebrnym jabłkiem. – Popatrz, jakie piękne. To prawdziwy skarb. Dam ci je, jak tylko ściągniesz woreczek.
Jabłko w jej dłoniach mieniło się kolorami tęczy. Olwen wydawało się, że dostrzega w nim swoje odbicie.
– Dam ci je – zachęcała kobieta – tylko zerwij nitkę z woreczka.
Ciężkie, zdrętwiałe ręce Olwen powędrowały do szyi. Głos w głowie, alarmujący o niebezpieczeństwie, ucichł już dawno, teraz tylko słabo wyszeptał: „Nie ruszaj woreczka!”
Palce, już gotowe pociągnąć za nitkę, zatrzymały się. Olwen zastygła z uniesionymi dłońmi, jakby zamierzała udusić samą siebie.
Nagle, gdzieś z tyłu, znajomy, starczy głos krzyknął:
– Zostaw woreczek i nie dotykaj jabłka!
Dziewczynka z najwyższym trudem odwróciła głowę – to zjawiła się Wiedźma.
– Precz od żywego dziecka! – zawołała groźnie.
Upiory jej nie posłuchały, przeciwnie, szybko zbliżyły się, by dotknąć Olwen. Ale Wiedźma, z zadziwiającą szybkością jak na swój wiek, podbiegła i zasłoniła dziewczynkę.
– Precz! Wracać do siebie!
Wirujący, tańczący, pląsający umarli zamruczeli i przybliżyli się jeszcze bardziej. Wiedźma trwała jednak na swoim miejscu. Szybkim ruchem zerwała nitkę z opończy i zaczęła tworzyć na niej węzły, wołając śpiewnie:
– Zapleć się niteczko, zapleć, spleć ze sobą każde stworzenie, tam gdzie jego miejsce; ptaki pod niebem, ryby w oceanach i co żywe na łąkach, wśród drzew, na polach, dolinach i wzniesieniach; spleć podobne do podobnych; niechaj żywi wrócą do żywych, a umarli niech zostaną z umarłymi; niech kamień zostanie kamieniem, roślina rośliną, a zwierzę zwierzęciem; niechaj to, co się rusza, porusza się nadal, a to, co nieruchome, niech nie drga w swych grobowcach; niechaj uwięzieni pozostaną w swych celach, aż wypełni się to, co im przypisane; niech wreszcie uwolnieni polecą za Żar-ptakiem na skrzydłach żurawi aż do gwiazd, za horyzont morza!
Z każdym węzełkiem umarli cofali się o krok, część z nich przemieniała się z powrotem w ogniki, które odlatywały z powrotem w głębie korytarzy. Trwało ich coraz mniej i mniej, aż wreszcie została tylko piękna kobieta, której rzeźba górowała nad jeziorem w jednej z komnat, a której ciało spoczywało pod wodą. Ale i ona, gdy tylko przebrzmiało ostatnie słowo, zamieniła się w błędny ognik i odleciała za innymi, a w powietrzu przez chwilę trwało echo jej ostatnich złorzeczeń.
Olwen usiadła. Trzęsła się cała. Wiedźma, przykucnąwszy, ujęła w ręce woreczek Olwen, otworzyła go i wsunęła do środka nitkę. Potem pieczołowicie zawiązała woreczek z powrotem i wzięła dziewczynkę na ręce. Podążała ciemnymi korytarzami jakiś czas, aż oszołomiona Olwen wkrótce ujrzała promienie zachodzącego słońca.
– Gdzie ja byłam? - wymamrotała.
– Przyjdzie czas na objaśnienia. Ważne, że Olwen stamtąd wyszła.
– Widziałam moich braci… i porońca… i Zazulę…
– Ostatnie spojrzenie należy do umarłych. Nie należy się za nimi oglądać, bo pomyślą, że chcesz za nimi pójść.
– Zimno mi…
– Wiem i dlatego się spieszymy.
Gdy wyszły i Olwen zobaczyła światło zachodzącego słońca, Wiedźma przyjrzała jej się i wykrzyknęła:
– Dziecko, coś ty zdążyła zrobić?!
– Chodziłam… Tam, gdzie prowadziła Zazula – Trudno było wymawiać słowa, gdy zziębnięte wargi nie chciały się słuchać, a ciałem wstrząsały dreszcze. Wiedźma opatuliła dziewczynkę starannie swoim płaszczem, a Olwen z ulgą wtuliła się w niego. Pachniał lasem. Zamknęła oczy.
– Dotykałaś umarłych lub ich wody? – Wiedźma szła energicznie, ogrzewając dziewczynkę swoim ciałem.
– Zazula mnie dotknęła… I piłam gorzką wodą i musiałam przejść tam, gdzie leżała utopiona królowa… I piłam też inną wodą, tę od Strażników Świec.
Dało się słyszeć westchnienie ulgi.
– I to cię uratowało – powiedziała Wiedźma.
– To nie była prawdziwa Zazula, prawda? – zapytała Olwen z nadzieją.
– Nie – uspokoiła ją Wiedźma – to był upiór. Jak oni wszyscy. Prawie się dobrali do ciebie.
Położyła dłoń na czole dziewczynki i wyszeptała kilka słów. Olwen poczuła nagle rozlewające się po ciele ciepło i błogość. Wymamrotała sennie:
– Skąd babka to wiedzą?
– Bo cała twoja lewa połowa twarzy i cała lewa dłoń mają biały, trupi kolor – odpowiedziała Wiedźma pewnym, równym głosem.
Ale Olwen już spała. Wiedźma przytuliła ją do siebie mocniej i przyspieszyła kroku.

piątek, 1 maja 2020

Podzielona Kraina - III.8


Rohałt i Dobrochna, sąsiadka, którą poprosił o towarzyszenie mu, zastali Dziewannę, gdy siedziała nieruchomo nad otwartą skrzynią i wpatrywała się w jej zawartość. Przystanęli w drzwiach, skrępowani. Dziewanna powoli wyjęła kolorową chustkę, rozprostowała ją i chwilę trzymała w powietrzu, tak, że Rohałt mógł wyraźnie dostrzec spore znamię na prawej ręce kobiety. W chustce nie było nic niezwykłego – wzór z przeplatających się liści i maków – wszystkie dziewczęta miały podobną. Rohałt wiedział, że najprawdopodobniej matka Zazuli sama tkała tę chustkę. Był też świadom, że po dziewczynce nie zostało nawet ciało, które można by pożegnać i spalić.
Dziewanna trwała przez chwilę nieruchomo, potem włożyła chustkę z powrotem i wyjęła kilka kamyczków. Było w tej scenie coś z podglądania kogoś w niezwykle intymnej sytuacji. Żadnych łez ani szlochu, tylko niezwykle intensywne przyglądanie się zwykłym drobiazgom, typowym dziewczęcym skarbom. Rohałt poczuł ścisk w gardle – jego Olwen miała podobną skrzynię, a niej kilka kolorowych chust, muszelek i wyrzeźbioną przez niego drewnianą laleczkę.
Zwątpił przez chwilę i chciał się cicho wycofać, ale Dobrochna zastukała zamaszyście we framugę. Dziewanna powoli uniosła wzrok i równie powoli odłożyła bursztyny. Potem starannie zamknęła skrzynię.
– A witajcie, sąsiedzi, witajcie – powiedziała cicho.
– Sąsiadko, wybaczą nawiedzanie w tej chwili, lecz Olwen zaginęła – powiedziała przepraszająco Dobrochna.
Wyraz twarzy Dziewanny w ogóle się nie zmienił. Rohałt i Dobrochna czekali na jakieś jej pytanie czy komentarz, ale trwała cisza. Wreszcie Rohałt zapytał:
– Dziewanna widzieli dziś Olwen?
– Nie – odparła.
Rohałt zaskoczony uniósł brwi, ale Dobrochna z niedowierzaniem zapytała:
– Na pewno?
Tym razem Dziewanna rozzłościła się widocznie:
– A cóż mnie do waszej dziewuchy? Nie widziałam, to nie widziałam, szukajcie dalej.
– Ale – drążyła Dobrochna uprzejmie, acz nieustępliwie – ludzie widzieli was razem, dzisiaj.
Dziewanna gwałtownie wstała.
– Kto widział?
– Uczciwa dziewczyna – odparła wymijająco Dobrochna. – Jakeście szły z Olwen dziś na cmentarz.
– Widzieli, widzieli… ano, szłam z nią, bo dziewczyna uparła się, nie wiedzieć czemu, że chce ze mną iść. Ja zostałam, ona poszła, nie mnie to wiedzieć, może i podążyła wprost do Puszczy?
Roześmiała się nerwowo, a Rohałt z trudem powstrzymał się, by nie uderzyć pięścią w ścianę.
– Gdzie jest Olwen?
– Nie wiem! A dajcież mi spokój, sumienia nie macie, by gnębić matkę, która straciła jedyne dziecko?!
Po twarzy pociekły jej łzy. Rohałt spojrzał z powątpiewaniem, gotów wycofać się, ale Dobrochna zachowała większą przytomność umysłu i zauważyła:
– Najpierw Dziewanna mówili, żeście nie widzieli, teraz jednak widzieliście. Kłamiecie.
Dziewanna uśmiechnęła się wyzywająco:
– No przyplątała się, szłam, to niech tam sobie idzie. Jak śmiecie, przychodzić tu do mojego domu jako goście i wyrzucać mi kłamstwo?!
Rohałt odzyskał spokój.
– Skłamaliście, Dziewanno.
– I cóż?
– A może kłamiecie i teraz, gdy mówicie, że nie wiecie, gdzie moja córka?
– Mówię znów: nie wiem, zostawcie mnie! Wasza wiara i niewiara to wasza rzecz, a prawdy i tak nikt nie dociecze.
– Skoro tak, należy zwołać sąd.
Rohałt uśmiechnął się, a Dziewanna… Dziewanna zamarła.

Podzielona Kraina - III.7


W którymś z kolei korytarzu Olwen dostrzegła płynącą wodę, pochyliła się więc i zanurzyła ręce w podziemnym strumieniu. Zaczynała odczuwać pragnienie. Łapczywie uniosła złożone dłonie z wodą do ust i napiła się, ale poczuła zgniły, dziwnie gorzki smak. Coś w niej krzyknęło ostrzegawczo, wylała więc resztkę płynu na podłoże. Wsiąkł natychmiast. Dziewczynka spojrzała niepewnie na Zazulę. Czy jej się wydawało, czy dawna przyjaciółka uśmiechnęła się lekko?
Olwen czuła się samotna, zagubiona i nieszczęśliwa. W tamtej chwili pragnęła tylko usłyszeć ciepły, uspokajający głos kogokolwiek i nawet była prawie gotowa mówić do upiora o wyglądzie Zazuli, tylko po to, by usłyszeć cokolwiek i nie iść w nieznane w tej potwornej ciszy. Ledwo jednak zaświtał jej ten pomysł, ostrzegawczy głos w myślach zawołał: „Nie rób tego!”. Powstrzymała się więc. Podążała jednak dalej za upiorem.
Kolejne wejście prowadziło nie do następnego korytarza, lecz pięknej, migoczącej komnaty ze wzorzystą posadzką. Na ścianie naprzeciwko widniała imponująca rzeźba, przedstawiająca kobietę w długich szatach. Olwen przystanęła. Ogniki oświetlały po kolei smutny uśmiech, długie włosy na głowie, ukoronowanej wiankiem i władcze spojrzenie niewiasty, dzierżącej w obu dłoniach jabłko.
Dziewczynka podeszła bliżej i zorientowała się, że to, co wzięła za błyszczącą posadzkę, było w istocie wodą, która pod lekkim dotknięciem łapci dziewczynki zafalowała. Na ścianie komnaty odbiły się refleksy. Olwen przyglądała im się zafascynowana. Tamta gorzka woda nie zaspokoiła jej pragnienia. Dziewczynce wciąż chciało się pić, ale coś mówiło jej, żeby nie próbować tego płynu, choć migotał kusząco. Olwen spojrzała na dno i dostrzegła, ku swojej zgrozie, ciało kobiety, wykutej w skale. Ta sama twarz, tylko spokojna, z zamkniętymi oczami, biała. Ręce złożone razem, a w nich srebrne jabłko. Usta zaciśnięte. Brązowe włosy falujące jak u Zazuli.
Olwen znów poczuła impuls, ostrzegający o niebezpieczeństwie, rozejrzała się więc za jakimś wyjściem. Ale Zazula już szybowała w kierunku jednego z następnych korytarzy. Olwen musiała wejść w jezioro po kostki, by podążyć za swą przewodniczką. Zadygotała – zimno przeniknęło ją na wskroś. Zastanowiła się przelotnie, jak wiele jeszcze korytarzy ją czeka i czy wytrwa o głodzie i pragnieniu. Ale nie widziała innego wyjścia, a choć podążała za upiorem, gdzieś w niej wciąż tkwiła iskierka nadziei, że gdzieś w środku kryła się nie zjawa ze świata umarłych, lecz dawna towarzyszka zabaw, ukochana, dobra Zazula.

Epilog

Epilog   Hredrik wsunął ręce pod jej koszulę i łapczywie szukał ust kochanki, ale Gyrda odsunęła się, wstała i zawiązała tasiemkę u piersi. ...