niedziela, 28 czerwca 2020

Podzielona Kaina - V.6

Egil był na tyle oświecony i obyty w świecie, że umiał nie okazywać nieprzyjemnego zaskoczenia na widok ubóstwa domu Diamentów. Siedząc na niewygodnej ławie, czerpał z misy drewnianą łyżką w taki sposób, jakby jadł pozłacanym widelcem przy stole na dworze Ametystów. Morholt z kolei był szczerze zainteresowany okolicą i z ochotą wypytywał domowników o rozmaite szczegóły. Indagowałby może nawet bardziej, gdyby nie jego szacunek dla świeżej żałoby. Gdy widział łataną odzież i łapcie czy skóry zwierząt i szare płachty zamiast wykwintnej pościeli, nawet najmniejszym drgnieniem powiek nie okazywał niesmaku czy zdziwienia.

Holdr jednak nie potrafił powstrzymać grymasu obrzydzenia, gdy podczas posiłku, zamiast białego chleba, delikatnej pieczeni i sług, poruszających się bezszelestnie i niosących kolejne dania na srebrnych półmiskach, widział szczekające psy, domowników, którzy nie zachowywali respektu przed panami, a w miskach dostrzegał niesmaczny żur czy papkę z suszonych ryb – główne pożywienie domowników o tej porze roku. Nawet obyczaje żałobne uważał za obrzydliwe i urągające wszelkim cywilizowanym standardom: to, że martwa staruszka przez trzy dni leżała na swoim sienniku, było dla niego niepojęte. Zapytywał sam siebie, czy ludzie wokół pozostają przy zdrowych zmysłach, skoro dobrowolnie przez trzy dni i trzy noce czuwali przy niemiłosiernie cuchnących, rozkładających się zwłokach. I choć wiedział, że Rohałt, Blancheflor i Olwen byli mu równi, ich ubiór, sposób mówienia i ogólne pojęcie o świecie sprawiało, że mimowolnie traktował ich jak ludzi niższych od niego stanem. Na przykład drugiego dnia pobytu, gdy Rohałt podziwiał i pielęgnował podarowanego mu wierzchowca, Holdr wyniosłym tonem poprosił go o nakarmienie koni pozostałych rycerzy. Rohałt spojrzał na niego, bez słowa przyniósł owies i spełnił polecenie. Widział to Egil. Zmarszczył brwi. Gdy wyszli ze stajni, zatrzymał bratanka na chwilę i spokojnie powiedział:

– Jeżeli jeszcze raz odważysz się tak postąpić, całą drogę powrotną będziesz szedł za końmi.

Holdr znał stryja na tyle, by wiedzieć, że nie była to czcza pogróżka. Pilnował się więc wobec dorosłych, ale już nie mógł się powstrzymać, by nie przedrzeźniać śpiewnego mówienia Olwen, która została oddelegowana przez rodziców do towarzyszenia mu. Raz usłyszał to Morholt, stojący nieopodal. Chłopak struchlał, bojąc się awantury, ale cudzoziemiec rzekł tylko:

– Uważaj na słowa, są jak ptaki, lubią wracać do gniazd.

Holdr czuł się źle w tym miejscu, w którym wszystko wyglądało nie tak, jak być powinno. Niecierpliwie czekał, aż starsi zarządzą wymarsz w drogę powrotną. Usilnie przy tym starał się nie myśleć, że będą musieli przemierzyć tę samą trasę, którą już raz przeszli.

Wreszcie nastał dzień, w którym zapłonął stos pogrzebowy nieboszczki, a miejscowi wznieśli dla niej kopczyk na cmentarzu. Holdr uznał to za kolejny dziwaczny, ale dość ciekawy zwyczaj. Gdy powrócono do domu, zasiadł w kącie, niecierpliwie czekając na komunikat o wymarszu. Ani stryj, ani cudzoziemiec, ani ten cały niby- rycerz Rohałt wydawali się nie spieszyć. Rozmawiali cicho przy piwie, które smakowało tak, że gdyby piwowarzy z prawdziwego Janaru warzyliby takie, ze wstydu nie pokazaliby się wśród ludzi przez miesiące. Holdr popatrywał na nich i niecierpliwił się. Z nudów głaskał psa.

Po chwili zobaczył obok siebie Olwen. Wiedział, że przyszła z obowiązku. Ale on nie pragnął towarzystwa dziewczynki: ta jej twarz… kolejna dziwaczność na tym dziwacznym morskim brzegu za dziwacznym lasem. A on pragnął normalności.

– Chcą może przejść się nad morze? – zapytała ustawiając się za nim, jakby wiedziała, że nie miał ochoty na nią spoglądać.

– Nie – odburknął, nie wysilając się nawet na grzecznościowe „dziękuję”.

– A co by chcieli?

– A kogo pytasz? Bo ja jeden jestem, ale zdajesz się to uparcie ignorować, zresztą, jak wy wszyscy tutaj.

Zrobiła krok i stanęła tuż przed nim. Chcąc nie chcąc, widział jej twarz. Prawą połowę normalną i lewą nienaturalnie bladą. I połyskujące w nich szaroniebieskie oczy, w których teraz skrzyły się ogniki.

– Jeśli nie nad wodę, to może chcieliby zobaczyć las?

Na wzmiankę o lesie wzdrygnął się i odparł z gniewem:

– O nie, żaden las! Wolę posiedzieć tutaj.

Dziewczynka straciła cierpliwość i syknęła:

– A więc niech siedzą, aż się w kamień zamienią!

W tej samej chwili poczuł, jak niewidzialna siła odebrała mu władzę w ciele i sprawiła, że ręce, nogi, tułów i głowa stały się szare i nieznośnie ciężkie. Rozpaczliwie spróbował poruszyć kończynami, ale nie zdołał. Mógł tylko oddychać i patrzeć na uśmiechniętą Olwen, która spokojnie odwróciła się i poszła na spacer, zabierając ze sobą psa.

Minęło trochę czasu, zanim biesiadujący przy stole zorientowali się, że chłopak siedzący przy oknie zamienił się w kamienny posąg

Podzielona Kraina - V.5

Wielmożny Rohałcie, oto dokument z królewską pieczęcią, który może potwierdzić wszystko to, co wcześniej powiedziałem – Egil z Ametystów wyciągnął starannie zawinięty pergamin i podał go rozmówcy, Rohałt jednak potrząsnął głową i powiedział:

– Wierzę twemu słowu, wielmożny.

Siedzieli przez chwilę, milcząc.

Gdy w nocy rozległo się stukanie do drzwi, domownicy przerazili się, bo w taką noc jak Dziady wszystko mogło domagać się wejścia do domu. Jednak okazało się, że to byli trzej strudzeni wędrowcy. Należycie ugoszczeni (kto wie, z jakich krain mogli to być posłańcy?), położyli się spać. Poranne promienie słońca ukazały ich strudzone, wynędzniałe, bardzo ludzkie twarze. Gdy tylko Egil i Morholt wstali i pokrzepili się posiłkiem, poprosili Rohałta o rozmowę przy zamkniętych drzwiach. I przedstawili mu królewską propozycję.

– I cóż zatem zadecydujesz, panie?

Rohałt wstał i powiedział stanowczo:

– Zawołam małżonkę. To przecież dotyczy i jej…

Blancheflor była blada, jakby przeczuwając, że działo się coś ważnego. Cicho usiadła obok męża.

– Wielmożna Blancheflor z Opali – zaczął dwornie Egil – przybyliśmy tu, wypełniając królewski rozkaz. Najjaśniejszy Pan, kierując się raportami świętej pamięci Gotiera z Tantu, który gościł w waszym domu ponad rok wcześniej, uznał, że twój małżonek, wielmożny Rohałt z Diamentów, może pomóc w pokonaniu nieszczęsnej plagi, która gnębi nasz kraj. Tak więc my, wypełniając jego wolę, przybyliśmy tu, aby powiedzieć: Rohałcie z Diamentów, król cię wzywa jako swego wasala. Jedź z nami na dwór, aby zasiąść w Radzie najmożniejszych i zadecydować o przyszłości Janaru.

Blancheflor zbladła jeszcze mocniej.

Rohałt położył ręce na kolanach i zacisnął dłonie w pięści.

– Godne ubolewania wydarzenia z przeszłości sprawiły, że nie mogłeś do tej pory, wielmożny Rohałcie, uczestniczyć w życiu sobie równych. Najjaśniejszy Pan pamiętał o tym i dlatego w tym dokumencie, który tu przedstawiam – Egil rozwinął pergamin i wskazywał kolejne zapisy – zostały wyszczególnione nadania i podarki dla ciebie oraz twojej rodziny.

Rohałt oddychał ciężko. Egil i Morholt patrzyli na niego uważnie. Kilka razy rycerz z Diamentów chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Obaj posłańcy czekali cierpliwie, ale cisza przedłużała się wyraźnie, więc Egil dodał przepraszającym tonem:

– Wybacz, że nie zjawiliśmy się z orszakiem, który byłby odpowiedni, lecz pochowaliśmy naszych towarzyszy w lasach wokół Starej Puszczy. – Przy ostatnich słowach głos lekko mu się załamał.

– Pięknego przywiedliście konia – rzekł Rohałt ochryple.

– To kolejny dar dla ciebie – odezwał się milczący dotąd Morholt i uśmiechnął się – lecz wyjątkowo, nie od Najjaśniejszego Pana, a od samego lasu. Wydaje się, że sama Puszcza nam sprzyja.

Rohałt spojrzał na niego i zmarszczył lekko brwi. Ten cudzoziemski młodzieniec kogoś mu przypominał.

– Wielmożny Rohałcie, wzruszenie aż odebrało ci głos, ale rozumiem, że gotów jesteś sposobić się do drogi? – ciągnął Egil uprzejmie.

– Tak – powiedziała natychmiast Blancheflor.

– Nie – odpowiedział Rohałt.

Wszyscy obecni spojrzeli na niego.

– Jakże tak?! – wykrzyknęła Blancheflor rozpaczliwie.

– Schowaj ten pergamin, wielmożny. Najjaśniejszy Pan, tak hojny, zapomniał widocznie, że wskutek przeszłych wypadków ja nie jestem w stanie tego jego kunsztownego pisma przeczytać.

– Ależ… – zaczęła Blancheflor jękliwie. Egil przerwał jej uprzejmie:

– Zaczekaj, pani. – I zwrócił się do Rohałta surowym tonem: – Panie, zważ, że miłościwie nam panujący Geryn, trzeci tego imienia, miałby pełne prawo wystosować do siebie rozkaz, jako że, podobnie jak inni mężczyźni z rodów Kamieni, jesteś jego zaprzysiężonym wojownikiem. Mógłby więc wysłać nas i rzec: „Jedź, a jeśli tego nie uczynisz, ukarzę cię śmiercią za złamanie słowa, danego swemu władcy”. Lecz nie czyni tego, okazuje łaskę, ofiarowuje hojne dary, abyś tylko się zgodził wstąpić w poczet najmożniejszych.

– Czyni to, gdyż dobrze wie, że jestem takim nędzarzem, że bez jego darów wstyd byłoby mi się pokazać w jego komnatach! – wybuchnął Rohałt. Po chwili, spokojniej, dodał: – Nie pojadę.

– Co ty robisz?! – wykrzyknęła Blancheflor.

Rohałt zignorował żonę. Wtrącił się Morholt:

– Panie, ja rozumiem, dlaczego odmawiasz. Duma, godna potomka największych rodów, tak właśnie każe ci postępować. Przez pamięć dla przeszłości ze wzgardą odrzucasz teraźniejszość. Lecz nawet najwięksi, gdy obecna chwila wzywała ich do czynu, przestawali oglądać się za siebie i dołączali w szeregi walczących.

– Nie jestem największy. Jestem Rohałt z Nawy. I nie pojadę – odparł.

Nikt z jego rozmówców nie wiedział już, jakiego argumentu użyć. Egil bębnił palcami po blacie, Morholt z zadumą wpatrywał się w okno, Blancheflor szlochała cicho, a Rohałt wbił wzrok w swoje zaciśnięte dłonie.

Nagle drzwi do komnaty się otworzyły i wkroczyła Olwen. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, z rozmachem przewróciła dwa zydle.

– Co ty robisz?! I kto pozwolił ci tu wejść? – wykrzyknęła gniewnie Blancheflor.

Olwen odparła cicho:

– Trzeba powywracać siedziska i pozakrywać wszystko, co odbija twarze. Niania umarła.

Na te słowa Rohałt i Blancheflor zerwali się i pobiegli do staruszki. Leżała cicho na sienniku, tak jakby swoim zwyczajem odpoczywała po trudach dnia. Ale jej bladość i brak oddechu wskazywały, że odeszła wraz z duszami, które karmiła ubiegłej nocy.

Rohałt chwycił rękę niani i ucałował. Olwen wymamrotała:

– Wzleć, duszyczko, na skrzydłach żurawi, za Żar-ptakiem leć za horyzont morza.

Rohałt spojrzał w zamyśleniu na córkę. A potem obejrzał się na posłańców, którzy stali w drzwiach, wyraźnie zmieszani wobec majestatu śmierci.

– Panowie – powiedział łagodniej. – Porozmawiamy jeszcze. Tylko dajcie mi pożegnać moją starą nianię.

Egil uniósł z dezaprobatą brwi. Morholt uśmiechnął się lekko.


niedziela, 14 czerwca 2020

Podzielona Kraina - V.4

– Ot, i jak zwykle mgła nadeszła na Dziady – powiedziała Miłorada i spróbowała włożyć ciepłą chustę. Ale ręce nie chciały już jej słuchać. Olwen, dobre dziecko, zaraz podbiegła i kilkoma szybkimi ruchami okryła swoją starą nianię.

– Dlaczego tak? – zapytała dziewczynka, rozglądając się bacznie.

– Już się zlatują duszyczki.

– Prawda. Widzę głowy i ręce, jakby wyciągnięte do nas.

Miłorada milczała przez chwilę. Od pamiętnego powrotu z podziemi Olwen stała się ostrożniejsza i milcząca. Często przystawała, nasłuchując i wypatrując czegoś, czego nikt inny poza nią nie dostrzegał. Z rzadka opisywała to, co było dane jej zobaczyć.

– Czekają i pilnie wypatrują tych kilku dni w roku, gdy mogą się nasycić ciepłem, jadłem i napitkiem – powiedziała wreszcie Miłorada.

– Skąd się zlatują?

– Ze swoich zimnych i samotnych wędrówek.

– Nie mogą wsiąść na żurawie?

– Nie, dziecinko. Człowiek na świecie jest jak rosnące drzewo, co ma dużo korzeni. Jak drzewo samo spróchnieje i powali je wiatr, to dobrze, korzenie wyrwane i nic już tego drzewa z ziemią nie łączy. Ale jeśli przyjdzie ktoś i zetnie zdrowe, dobre drzewo, to zostaje pień z silnym korzeniem. Gdy człowiek umiera za wcześnie, gwałtownie, to zbyt wiele go łączy ze światem, nie może odejść, tylko błąka się w smutku, trwodze i wiecznym pragnieniu.

Olwen wzdrygnęła się w widoczny sposób. Biała część jej twarzy zdawała się jeszcze bielsza we wszechobecnej mgle. Miłorada objęła ramiona podopiecznej. Dziewczynka często budziła się w nocy z krzykiem, nie chciała jednak wyjawić, co jej się śniło. Rzadziej niż przedtem wychodziła się bawić z towarzyszami. Przyczyny można było upatrywać również w tym, że wielu ludzi z wioski lękało się jej podzielonej twarzy, dostrzegając w tym widomą oznakę bytności tam, skąd niewielu wracało. Dziewczynka musiała to wyczuwać. Częściej więc przebywała koło domu. Do tego zaczęła bardzo pilnować, aby wszelkie rytuały, broniące złym istotom wstępu do domu, były sumiennie przestrzegane. Sama rozsypywała mak w przedsionku i zaplatała węzły, aby umarli, którzy przekroczą próg, zajęli się zbieraniem ziaren i rozplątywaniem, dopóki pierwsze pianie kura nie każe im iść precz. Rozwieszała zioła od uroku, dmuchała na zydle, by przypadkiem nie usiąść na zabłąkanej duszyczce i pilnowała ognia, tej najgroźniejszej broni przeciwko wszelkiemu złu. Również częściej niż przedtem przytulała się do Miłorady i – co dawniej było wręcz nie do pomyślenia – godzinami siedziała nieruchomo, patrząc, jak niania przędzie i snuje opowieści z dawnych czasów. Olwen śledziła ją wzrokiem i zdawała się wiedzieć, że jej ukochaną nianię wiek coraz mocniej przygniatał do ziemi, a dusza przecinała kolejne więzy ze światem. Miłorada wiedziała, że zostały już tylko wątłe niteczki, ale nie mówiła tego nikomu, czując tylko narastającą słabość i tęsknotę za odpoczynkiem. Jednak Olwen zdawała się wiedzieć. Biedne, biedne dziecko, myślała stara niania, patrząc na swoją wychowankę. Ja odchodzę, a kto cię poprowadzi, jeśli mnie nie stanie? Już jakiś czas temu rozmawiała z obojgiem rodziców i ostrzegała, że dziewczynka potrzebuje wzmożonej ochrony i w razie jej, niani, śmierci jedyną istotą w całej Nawie zdolną obronić dziewczynkę była Wiedźma. Rohałt zawahał się wtedy, a Blancheflor spojrzała z gniewem. Nie podjęli wtedy decyzji, a Miłorada czuła narastający z każdym dniem lęk…

– Dlaczego tych nieszczęśliwych dusz jest tak dużo? – zapytała Olwen, gdy razem z nianią opartą na jej ramieniu zmierzały w kierunku domowników, czekających na nie przed murami.

– Samo życie sprawia, że życie zostało przecięte zbyt wcześnie. Wypadki, choroby… i to, co ludzie robią innym ludziom.

– Na przykład wojna?

– Na przykład, dziecinko. Był kiedyś taki czas, kiedy nadjechali piękni panowie zza gór i ich towarzysze, ciskający błyskawicami z rąk. I skrzywdzili wielu, wielu ludzi w sile wieku i u zarania życia. A potem zabili. A krzywda to silny korzeń, wiesz? Jeden z najmocniejszych.

Doszły już do swoich. Rohałt, poważny i milczący. Blancheflor, jak zwykle z miną trochę wystraszoną, a trochę niezadowoloną. Gdyby mogła, zostałaby w domu i, prawem matki, kazałaby to samo zrobić Olwen. Lecz zrozumiała już dawno temu, że znacznie groźniejsza od niewygód i zimna jest zemsta za obrazę przodków. Biedna kobieta, wyciąga jak ślepiec ręce po omacku, licząc, że w końcu trafi na skarb.

Gdy doszli pod Kopiec Lilli, krąg z mieszkańców wioski został już utworzony. Wszyscy odziani w najgorsze łachmany, z rozczochranymi włosami, aby zbytkiem nie narazić się duszom. Pośrodku płonęło ognisko, obok czekali już najstarsi ludzie z wioski z przygotowanymi darami dla dusz. Miłorada pożegnała Olwen z uśmiechem i sama dołączyła do starców skupionych wokół ogniska. Od kilku lat już razem przewodniczyli Dziadom, jako ci, którzy jedną nogą sami należeli do świata umarłych.

Nagle Miłoradę nawiedziła refleksja, że na tym miejscu powinna znajdować się Olwen. Z przestrachem obejrzała się na dziewczynkę, która trzymała za ręce oboje rodziców i wpatrywała się w szczyt Kopca Lilli.

Odpędziła myśl i podniosła dzban z korzennym miodem. Rozejrzała się. Zapadał zmrok, a mgła wyraźnie gęstniała. W cieniu Kopca, prawie niewidoczna, ustawiła się Wiedźma. Nigdy nie dołączała do kręgu. Odkąd Miłorada sięgała pamięcią, Wiedźma zawsze trwała w tym samym miejscu u podnóża Kopca, skupiona, milcząca jak posąg lub jak dawne kamienie, które miały objaśniać wędrowcom drogę.

Przybyli już wszyscy. Starcy kiwnęli głowami: czas zaczynać. Ustawili się wokół ogniska, każdy z jadłem lub napitkiem w ręku. Dzban już trochę ciążył Miłoradzie.

Racimir zawołał drżącym głosem:

– Utwórzcie krąg! Niechaj wszystko, co żywe, zostanie w kręgu! Niechaj nikt, w kim płynie czerwona krew i oddycha życie, nie zostanie poza kręgiem!

Zebrani poruszyli się, zbliżyli do siebie, tak, aby czuć ciepło sąsiada.

Ludomira zawołała śpiewnie:

– Ojce nasze, matki nasze, oto dziś was wołamy, oto dziś przyzywamy, oto ciepło dla dusz, oto jadło dla dusz!

Ludzie w kręgu powtórzyli chórem:

– Oto ciepło dla dusz, oto jadło dla dusz!

Ludomira sypnęła garścią soli do ognia. Płomienie wystrzeliły wysoko. Wszyscy obecni ujrzeli w nich powykrzywiane ludzkie sylwetki z rozcapierzonymi rękami i ustami otwartymi jak do krzyku. Ogień ten świecił jaśniej i grzał mocniej niż ten, który znali ze swych palenisk.

Drogomysł podchwycił:

– Ojce nasze, matki nasze, za życia w trwodze i nieszczęściu, po śmierci w zimnie i głodzie: oto ciepło dla dusz, oto chleb dla dusz!

– Oto ciepło dla dusz, oto chleb dla dusz! – powtórzyli obecni jak echo.

Drogomysł rozrzucił drobne kawałki bochenka wokół ognia. Zaraz usłyszeli trzepot skrzydeł i niewidzialne ptaki żarłocznie zaczęły połykać jeden kęs za drugim, aż nie został żaden. Ogień trzaskał. Sylwetki starców rzucały chybotliwe cienie.

Dobrowieść zawołała:

– Ojce nasze, matki nasze, godnie jesteście witani, w porę oczekiwani, czas wasz nastał, abyście zakosztowali: oto ciepło dla dusz, oto napitek dla dusz!

– Oto ciepło dla dusz, oto napitek dla dusz!

Chlusnęła w ogień wodą ze swego dzbana. Tak jak zawsze, odkąd Miłorada pamiętała, ogień nie przygasł, tylko jeszcze wzniósł się wyżej, oświetlając ludzi, gęstą mgłę i ukryte w niej cienie.

Teraz nadeszła jej kolej.

– Ojce nasze, matki nasze, długa wasza wędrówka, smutna wasza dola, ciężkie łańcuchy przykuwają was do zimnego świata; nasyćcie pragnienie, zerwijcie łańcuchy, uwolnijcie się od ciężaru, oto ciepło dla dusz, oto napitek dla dusz!

Ze stęknięciem wylała miód na płonące drewno.

– Oto ciepło dla dusz, oto napitek dla dusz!

Tymczasem Ludomira wzięła z kosza kołacze, a Dobrowieść róg z miodem. Przepiła do Miłorady, mówiąc:

– Oto napitek dla dusz: umarli byli żywymi, żywi staną się umarłymi. Weselmy się jadłem, napojem!

Miłorada upiła łyk. Zakręciło jej się w głowie. Podała dalej róg Drogomysłowi i przełknęła kawałek kołacza. Gdy starcy skosztowali jadła i napojów, róg i kołacz zaczęły krążyć wśród otaczających ich ludzi, a każdy przed spożyciem powtarzał:

– Oto napitek dla dusz, oto jadło dla dusz: umarli byli żywymi, żywi staną się umarłymi. Weselmy się jadłem, napojem!

Miłorada spojrzała ponad ludźmi, w las. Na gałęziach drzew siedziała niezliczona liczba milczących kruków. W cieniu drzew przesuwały się cienie, podchodząc blisko, coraz bliżej, prawie pod chybotliwe światło ogniska.

Staruszka spojrzała na wychowankę. Olwen była spięta i czujna. Wyraźnie nasłuchiwała i coś szeptała do siebie.

Starą nianię znów ogarnął lęk.

Gdy kołacz został zjedzony, a w rogu zabrakło już miodu, Miłorada, jako najstarsza ze zgromadzonych, zawołała:

– Jadło spożyte, napitek wypity, ogień rozjarzył się jasnym płomieniem. Duszyczki nasze, ojce, matki nasze, dawnoście żyli, teraz żeście przybyli, z żywymi się nasycili.

– Ojce i matki, dawnoście żyli, teraz żeście przybyli, z żywymi się nasycili – powtórzył chór obecnych.

Odetchnęła i najmocniejszym głosem, na jaki mogła się zdobyć, zawołała:

– Duszyczki nasze, ojce i matki nasze, skoroście ogrzani, odejdźcie.

– Odejdźcie!

– Duszyczki nasze, ojce i matki nasze, skoroście napojeni, odejdźcie.

– Odejdźcie!

– Duszyczki nasze, ojce i matki nasze, skoroście nasyceni, odejdźcie.

– Odejdźcie!

– Tam gdzie wasze miejsce, tam gdzie wasza dola.

– Odejdźcie!

– Zostawcie w spokoju, co do was nie należy i nie patrzcie na nas żywych złym okiem.

Po tym końcowym zawołaniu krąg rozsypał się. Mężczyźni podchodzili z żagwiami do ogniska, a potem podchodzili do pozostałych, formujących się w kolumnę na ścieżce wiodącej do wioski.

Olwen niepostrzeżenie zjawiła się u boku Miłorady.

– Niech niania się o mnie oprą – powiedziała.

– Moja ty kruszynko, jakże Olwen ma być mi podporą, jak sama jest taka nieduża?

– Niech spróbują.

Miłorada położyła rękę na ramieniu dziewczynki. Istotnie, potrzebowała tego. Czuła się bardzo słaba, a przecież czekała je jeszcze droga do domu.

Całą gromadą, milcząc, wyruszyli w kierunku wioski. Na czele i na końcu szli mężczyźni z płonącymi żagwiami, pozostali w środku. Olwen rozglądała się czujnie i kilka razy przystanęła. Wówczas Miłorada ściskała ją mocniej za ramię i szeptała:

– Idź, idź, w domu będziemy bezpieczni.

Sama jednak kątem oka dostrzegała szare cienie. Mimo że tuż za nimi nie szła żadna ludzka istota, staruszka wyraźnie słyszała dźwięk, jakby przedłużone echo własnych kroków. Nie oglądała się jednak i dyskretnie pilnowała Olwen. Dobrze wiedziała, że w tym momencie pod żadnym pozorem nie wolno było rzucać za siebie spojrzenia.

Po zamknięciu drzwi domostwa kobiety ustawiły jeszcze na stole poczęstunek dla dusz, a mężczyźni dołożyli do ognia. Potem wszyscy cicho życzyli sobie dobrej nocy i ułożyli się na siennikach. Zimą domownicy spali w pomieszczeniach obok kuchni, gdzie było najcieplej. Blancheflor zdmuchnęła świece i zamek pogrążył się w ciemnościach, jedynie na palenisku płonął wątły ogień.

Wówczas Olwen bezszelestnie podeszła do niani. Bez słowa wsunęła się pod skórę niedźwiedzia i przytuliła do starej kobiety. Po chwili usnęła. Miłorada usłyszała spokojny oddech dziewczynki. Wtedy stara kobieta, niespodziewanie dla samej siebie, rozpłakała się bezgłośnie


piątek, 5 czerwca 2020

Podzielona Kraina - V.3


Egil bał się. Nie przyznał się oczywiście przed nikim, lecz gdy tego ranka znów ocknął się jako pierwszy, nawiedziło go złe przeczucie. Śledzony żółtym wzrokiem towarzyszącego im stwora, tym razem oszczędził Holdra i sam budził po kolei swoich towarzyszy. Ledwo zauważalnie oddychał z ulgą, gdy znajdował ich całych i zdrowych. A potem dotarł do ciał braci i nogi ugięły się pod nim. Ich rany wydawały się jeszcze straszniejsze niż te Talfa: on miał poszarpane gardło, Odilon i Otton zaś – rozprute brzuchy i wnętrzności rozwleczone wokół. Egil odwrócił się i oddychał głęboko, ale mimo to zwymiotował. Gdy dołączyli do niego pozostali, już jakoś się pozbierał, obserwował natomiast, jak jego ludzie, niemłodzi wszak i doświadczeni, bledli i pokrywali się potem, albo zatykali sobie gwałtownie usta i odchodzili na bok. Tym razem Egil dopilnował jednak, by Holdr nie zobaczył tego widoku.

I znów pogrzeb, podczas którego nikt już nie wygłaszał mów. Pospiesznie oddalili się od kolejnego grobu, by znowu przemierzać las, który wydawał się umarły. Konie człapały, a ludzie milczeli. Skrymir spróbował zanucić żałobną pieśń ku czci poległych towarzyszy – ale gdy tylko ją rozpoczął, ciężkie powietrze wokół niemal pozbawiło go tchu.

Wędrowali więc dalej, czujni, wystraszeni, wzdrygając się niemal na każdy dźwięk. Lecz las wydawał się pusty. Nie spotkali nikogo ani niczego, co mogłoby ich przestraszyć, ani – co dziwniejsze – nawet zwierzęcia, na które mogliby zapolować. Nawet ptaki umilkły. Wędrowcom towarzyszył tylko monotonny dźwięk spadających kropel i szelest liści, po których stąpały konie. Jedynym dziwacznym stworzeniem w okolicy był ich przewodnik, któremu musieli zaufać, bo nie mieli wyboru. A on kluczył między drzewami, kazał przeprawiać się przez rzekę, prowadził po bagnistym terenie i wydawał się zupełnie obojętny na warunki zewnętrzne, inaczej niż oni, przemarznięci w przesiąkniętej wilgocią odzieży, zdezorientowani i coraz bardziej zalęknieni.

Mimo uwagi wytężonej w najwyższym stopniu, żaden z rycerzy nie potrafił się zorientować, czy rzeczywiście podążali naprzód, czy może kręcili się w kółko – we wszechobecnej mgle wszystkie kształty wydawały się jednakowe. Z trudem przychodziło im określenie pory dnia: nad drzewami wciąż wisiała nieprzenikniona, biała kopuła. Kierowali się więc uczuciem głodu, ale i ono ich zawodziło, gdy wpadali w otępienie i nagle orientowali się, że przebyli już znaczną odległość, nie wiedząc jak, wpatrując się tępo w jeden ciemny punkt przed sobą. Ścierali wtedy z czoła krople wody, spływające z przemokniętych włosów i chowali zziębnięte ręce w rękawy.

Egila dziwiło, że przy tym wszystkim konie, w przeciwieństwie do ludzi, pozostawały spokojne. Nie parskały, nie wierzgały ani nie rżały, tylko szły za przewodnikiem, a o tym, że się przemieszczają, świadczyły stuk kopyt i szelest liści, rozchodzące się we mgle jak kręgi na wodzie. Sam przewodnik milczał. Egil również nie próbował już nawiązywać z nim kontaktu. Narastający strach ściskał mu gardło i wymuszał częste zsiadanie z konia i wędrówki w krzaki. Zauważył też, że Holdr był wystraszony i starał się trzymać blisko stryja. Co jakiś czas rycerz próbował więc dodać chłopakowi otuchy, ale wątpił, czy z jego krótkich, zdawkowych przekazów Holdr zdołał wyłowić coś pokrzepiającego dla siebie.

Egil zdecydował się czuwać całą następną noc, a Holdr i Morholt zgłosili się na ochotnika, by mu towarzyszyć. Z początku rycerz nie chciał zgodzić się na takich kompanów: niedorostka i cudzoziemca. Holdr jednak przekonał go, mówiąc:

– Panie, po rodzicach ty jesteś moim jedynym opiekunem. Jeśli masz zginąć tej nocy, pozwól mi ze sobą zostać.

Słysząc taką prośbę, Egil nie mógł odmówić, ale postanowił w duchu, że w razie niebezpieczeństwa wyda młodzieńcowi rozkaz ukrycia się lub ucieczki. Morholt natomiast przekonał go do siebie, mówiąc z uśmiechem:

– Panie, wiem, że mnie nie lubisz i niechętnie widzisz w swojej kompanii. Pozwól więc, żebym to ja zginął, zamiast ludzi, których cenisz i poważasz.

Egil tylko kiwnął głową. O zmierzchu zatem we trzech pokrzepili się kolacją i milcząc, usiedli przy z trudem roznieconym ogniu. Trwali godzinami w napięciu, wpatrując się w płomienie, podskakując przy lada szeleście. Pozostali czterej mężczyźni po zadbaniu o wierzchowce ułożyli się do snu, ale słychać było ich krótki, niespokojny oddech i niecierpliwe przekręcanie się z boku na bok na posłaniach. W końcu jednak usnęli. Trzej wartownicy trwali dalej, co jakiś czas wstając, dokładając do tlącego się ognia i krztusząc od dymu.

W ciemności błyszczały żółto szeroko otwarte oczy dzikiego człowieka, jak co noc, przywiązanego do drzewa.

Gdy mijała godzina za godziną tej okropnej nocy, Egil, Holdr i Morholt z każdą chwilą spodziewali się, że zza drzew wyłoni się okropna bestia, gotowa rozszarpać im gardła. Ale nic takiego nie nastąpiło. Czekali więc dalej. Ledwo żywi, dotrwali do świtu, a potem obudzili pozostałych. Gdy okazało się, że tym razem przeżyli wszyscy, cali i zdrowi, do następnego dnia, wznieśli okrzyki radości. Potem, po skąpym śniadaniu, znów wsiedli na konie. Egil w roztargnieniu wpatrywał się w mijane drzewa, wysokie jak kolumny…

...zza białych kolumn krużganka wyłoniła się Aleida.

– Co ty tu robisz? – zdziwił się Egil.

– Spaceruję, nie widać? – parsknęła. Widać i po śmierci nie nabrała do niego sympatii. – A ty lepiej uważaj, co robisz!

… Egil ocknął się. Jego koń zatrzymał się, podobnie jak wierzchowce Holdra i Morholta, również pogrążonych w drzemce. Naprzeciw niego stał przewodnik, oswobodzony z więzów, wyprostowany, patrząc śmiało w oczy dowódcy. Obok niego leżały cztery ciała z poszarpanymi gardłami. Rycerz zeskoczył z konia i dobył miecza. Człowiek – zwierzę wyciągnął szponiastą dłoń i rzekł swoim dziwnym głosem:

– Zostaw.

Egil jednak stanął w pozycji. W tej samej chwili zza pleców usłyszał okrzyk Morholta:

– Co tu się dzieje?

Cudzoziemiec zeskoczył z konia i z obnażonym mieczem stanął u prawego boku pana z Ametystów. U lewego, z nożem w ręku, zjawił się Holdr. Dygotał cały, ale śmiało patrzył na przeciwnika.

Człowiek-zwierzę nie ruszał się jednak. Po kolei patrzył każdemu z nich w oczy, aż zatrzymał się na Morholcie. Rzekł powoli:

– Ciebie nie powinno tutaj być.

– Ale jestem – odparł hardo Morholt.

– Widzisz i rozumiesz – ciągnął przewodnik.

– Tak. Ale proszę cię, żebyś przestał. Wziąłeś, co twoje.

Zaśmiał się ochryple.

– Drzewni i kwietni wrócili do lasu, a kamienie prawie zgniecione!

– Dosyć! – powiedział Morholt z przestrachem.

– Prawda, że dosyć. Jedźcie za mną.

Zdjął z ramienia skórę niedźwiedzia i opasał się nią. Na ich oczach skóra przylgnęła do jego kończyn i twarzy. Urósł, pysk mu się wydłużył, ręce i nogi zamieniły w łapy. Brunatny niedźwiedź odwrócił się tyłem i zniknął wśród drzew. Konie zaparskały niecierpliwie.

– Wsiadajcie – rzucił Morholt tonem rozkazu. Egil odruchowo już podążył w stronę zwierząt, ale zatrzymał się w pół kroku i zapytał szorstko:

– Co ty robisz?

– Ratuję nam życie.

– Jeżeli tak, to dlaczego dopiero teraz? – krzyknął rozpaczliwie Egil.

– Bo on musiał odebrać zapłatę. Jedną, za przeprowadzenie nas. Drugą, za niewolę. I trzecią za zadane mu rany.

Konie ruszyły kłusem po ścieżce, której wcześniej nie było. W oddali widzieli biegnące olbrzymie zwierzę.

Nagle ukazała im się biała ściana z mgły. Zza niej wyłoniła się zwalista sylwetka niedźwiedzia. Obok niego stał piękny wierzchowiec, niecierpliwie stukający kopytami, z rzędem i jukami. Zsiedli z własnych wierzchowców i zbliżyli się ostrożnie do zwierzęcia. Egil aż otworzył usta: tak wspaniałego rumaka nie widział nawet w królewskiej stajni. Duży, czarny koń z gęstą grzywą i połyskującą sierścią stał pewnie na smukłych nogach. Mięśnie drgały mu delikatnie.

Tymczasem niedźwiedź zdjął z siebie skórę i przeobraził się w człowieka, który im towarzyszył przez te kilka trudnych dni.

– Jedziecie do Rohałta – powiedział – więc podarujcie mu tego wierzchowca.

Egil i Morholt w milczeniu pokiwali głowami. Holdr wyjął skądś pomarszczone jabłko i podsunął koniowi. Ten chwycił owoc i zjadł, a potem trącił łbem dłoń chłopaka, domagając się jedzenia czy też może pieszczoty.

Człowiek-zwierz przez chwilę znów spoglądał na nich w milczeniu. Czekał. Wreszcie Egil pojął, na co.

– Wybacz – wyszeptał.

Przewodnik skinął głową z prawdziwie ludzką godnością. Potem narzucił na siebie skórę – i tym razem zmienił się w wilka. Zawył do niewidocznego księżyca, szczeknął kilka razy i zagłębił się w las.

Piękny rumak zarżał. Morholt ostrożnie poklepał go po pysku, dotknął lekko miękkich chrap i przejechał dłonią po aksamitnej, czarnej sierści. Spróbował go dosiąść, ale koń stanął dęba. Rycerz zrezygnował więc i ujął wodze. Spróbował pokierować wierzchowcem, ale zwierzę wyraźnie zmierzało się w określoną stronę. Po chwili wahania dwóch rycerzy i giermek zaczęli ostrożnie posuwać się za nim wśród morza mgły.


Podzielona Kraina - V.2

U licha, dlaczego jest tak późno? Kto trzymał ostatnią wartę i dlaczego nie obudził nas o świcie, jak nakazałem? – zawołał gniewnie Egil, gdy wstał jako pierwszy i zorientował się, że wokół było już całkiem jasno. Na jego słowa Holdr poderwał się gwałtownie z posłania. Przewodnik, przywiązany mocnym sznurem do drzewa, uniósł głowę i utkwił w ludziach żółte spojrzenie zza kurtyny brudnych, ciemnych włosów. Rycerze spali.

– Żaden nie czuwa?! – zawołał Egil groźniej, marszcząc brwi. – Holdr, idź obudzić tych… – urwał.

Chłopak pobiegł spełnić polecenie. Wkrótce prawie wszyscy byli na nogach, usiłując rozgrzać się po wyjściu spod wilgotnych okryć. Chociaż nie padał deszcz, na gałęziach gromadziły się krople. Włosy i odzież nasiąkały wilgocią.

– Powtarzam pytanie: który z was trzymał ostatnią wartę?

Nikt się nie odezwał. Tymczasem wrócił Holdr, blady i wystraszony.

– Panowie, tam jest… tam leży…

– Co tak bełkoczesz? Nie możesz mówić wyraźniej? – wypytywał Egil surowo.

Holdr pokręcił głową i wyciągnął rękę. Podążyli prędko we wskazanym kierunku.

Natknęli się na ciało Talfa z Jaworów. Rycerz miał pogiętą zbroję i rozszarpane gardło. W oczach zastygło mu śmiertelne przerażenie.

I Egil zbladł. Opanował się jednak i nakazał pogrzebać ciało. Przygnębieni rycerze wzięli się do pracy.

Potem w towarzystwie Odilona podszedł do jeńca. Przewodnik spoglądał na niego bez wyrazu.

– Mów! – zażądał Egil. – Widziałeś coś? Słyszałeś? A może sprowadziłeś na nas? Wiele tu się włóczy takich odrażających kreatur? A może jest tu jakiś mag, który uśpił nas, że nie słyszeliśmy nawet parskania koni?

Człowiek podobny do zwierzęcia nie odpowiedział. Na znak Egila Odilon uderzył go ostrzem miecza. Po niedźwiedziej skórze popłynęła krew.

– Powiesz coś? No mówże! Zginął dzielny człowiek, szlachetny rycerz, nasz druh. Pewnie to widziałeś, może nawet sprzyjałeś tej zbrodni. Kto to zrobił? Gdzie poszedł? Dlaczego, u licha, nic nie słyszeliśmy? Mów!

Ale przewodnik dalej milczał. Odilon zadał jeszcze kilka ran, ale jeniec patrzył się tylko i nie wydał z siebie nawet dźwięku. Wreszcie Egil dał znak, by skończyć.

Krew zdążyła miejscami już skrzepnąć, ale człowiek-zwierzę uśmiechnął się lekko i obnażył kły. Odór, jaki od niego płynął, był dla rycerzy trudny do wytrzymania.

Gdy stali nad świeżym grobem i po krótkiej chwili ciszy dla uczczenia rycerza z Jaworów zbierali się do wymarszu, Egil powiedział głośno:

– Talf był dzielnym wojownikiem, wiernym towarzyszem i szlachetnym człowiekiem. Niechaj każdy z nas pożegna go po swojemu. Czas ruszać, bo misja dla dobra Janaru nie może czekać.

Z ociąganiem przygotowali się do wymarszu, przy okazji odkrywając, że koń Talfa zniknął wraz z całym przytroczonym doń bagażem. W drodze przestrzegali nowych środków ostrożności: przy przewodniku czuwało dwóch rycerzy, a nie jeden, jak dotychczas. Egil nakazał surowo, by się pilnowali, więc nawet za potrzebą mieli udawać się tylko w grupie. Na nocne warty wyznaczyli po dwie osoby.

Zapewne dlatego następnego dnia obudzili się znów później niż chciał ich przywódca. I tym razem nie jeden, lecz dwóch wartowników, bracia Odilon i Otton, mieli rozszarpane ciała i szeroko otwarte, martwe oczy. Ich wierzchowce również przepadły bez śladu

Podzielona Kraina - V.1

Białe niebo zamykało się nad ich głowami jak kopuła. W ciężkim, wilgotnym powietrzu puste gałęzie drzew stały nieruchomo. Mleczna mgła spowijała pnie, sterty zbutwiałych liści, konie i sylwetki dziesięciu ludzi, otaczających kręgiem włochatą postać, której człowieczeństwa należało się raczej domyślić, bo niepodobna je było dostrzec zza brudu, skór, smrodu i kołtunów.

Wśród mgły błyskały wyciągnięte miecze, łuki i żółte oczy dzikiego mieszkańca okolic Starej Puszczy.

– Związać go – rozkazał Egil z Ametystów.

Aelort Rudy z Wierzbni i Ingeld z Wiązów z obrzydzeniem przytrzymali więźnia i skrępowali mu ręce konopnym sznurem. Zaraz też odsunęli się, jak najdalej od ciężkiego zapachu i brudu pojmanej istoty.

– I cóż teraz z nim zrobimy, stryju? – zapytał najmłodszy z całej drużyny, piętnastoletni Holdr, syn Aleidy ze Szmaragdów i Emnira z Ametystów, poległych w Wiernirze. Trząsł się lekko, okryty kosztownym, lecz chyba zbyt lekkim płaszczem. Idąc za przykładem obecnych wokół mężów, nie skarżył się, ani teraz, ani przedtem, podczas całej tej trudnej wyprawy na południe.

Egil powoli zbliżył się do dzikiego człowieka, trzymając miecz w pogotowiu. Jeniec, odziany w skóry, ze szponiastymi paznokciami, skołtunionymi włosami, brudny i cuchnący, siedział na stercie liści ze zwieszoną głową.

– Ejże! – zawołał rycerz i trącił kilka razy istotę płazem w ramię. – Czy ty umiesz mówić?

Zapytany nawet nie drgnął. Egil poniechał prób i odwrócił się do pozostałych.

– To stworzenie napawa mnie taką odrazą, że z chęcią pozbawiłbym je życia na miejscu – powiedział. Jego głos zamierał we mgle. – Niby człowiek, ale czy człowiek może się tak niegodnie prezentować? Tu, na janarskiej ziemi? To odmieniec. Niemowa. Nie trzeba nam odmieńców. Kto wie, czy to tacy jak on nie sprowadzili na nas owego nieszczęścia, które...

Już miał powiedzieć o Wiernirze i nieszczęsnym Bredegarze, ale zmilczał ze względu na Holdra. Pozostali słuchali go z uszanowaniem i milczeli. Jednak Morholt Czarny z Wid, herbu Korab, odchrząknął niepewnie i postąpił krok naprzód.

– Panie z Ametystów – zaczął ze swoim cudzoziemskim akcentem. – Wybacz, proszę, że się ośmielam, lecz sądzę, że należy oszczędzić życie tego nieszczęśnika, nawet jeżeli jest niemową i jego pożałowania godny stan uchybia ludzkiej godności.

– Dlaczegóż to? – zapytał chłodno Egil. Już od początku ich wspólnej podróży Morholt wzbudzał mieszane uczucia wszystkich. Przyjęli go do kompanii tylko ze względu na wolę Najjaśniejszego Pana, ale wyraźnie dawali mu do zrozumienia, że cudzoziemiec, nawet najgrzeczniejszy i najlepiej urodzony, nie jest i nie będzie uznawany za „swojego”, zwłaszcza że to za jego przyczyną wybuchł skandal w Wiernirze. Nikt jednak, nawet Egil, nie zdecydował się otwarcie wystąpić przeciwko cudzoziemcowi, ze względu na królewską protekcję i wyraźne poparcie magów.

Trzeba przyznać, że Morholt, choć musiał wyczuwać ogólną niechęć do siebie, najmniejszym słowem ani gestem nie okazywał żalu, gniewu czy dezaprobaty. Zachowywał się zawsze tak, jakby znajdował się na sali audiencyjnej w Jaskółczym Gnieździe.

To jeszcze bardziej rozdrażniało Egila i jego podkomendnych.

– To my jesteśmy przybyszami w to miejsce, tu jest jego dom – odparł Morholt.

Talf z Jaworów parsknął, bracia Odilon i Otton herbu Jarzębina zaśmiali się w głos, Irwin z Olch machnął niecierpliwie ręką, a Skrymir herbu Jaskółcze Ziele pokręcił z rezygnacją głową. Egil wzruszył ramionami.

– Ta kraina była siedliskiem gorszych jeszcze potworów, zanim nasi przodkowie oczyścili ją swoimi mieczami. Szacunek dla domu nie może być rozciągnięty za granice absurdu. Czy nie wypędzisz pluskiew dlatego, że przywykły uważać twoje łoże za swoje siedlisko?

Zgromadzeni wokół rycerze i giermkowie parsknęli śmiechem. Morholt odparł bez wahania:

– Tak, wielmożny, w istocie nie mam litości dla pluskiew, podobnie jak dla szczurów i karaluchów, również aż nazbyt chętnie dzielących z człowiekiem jego dom. Obawiam się, że źle ująłem intencję mojej wypowiedzi. Chodziło mi o to, że ten oto stwór zna okolicę, a my nie. Błąkamy się już kilka dni, usiłując znaleźć bezpieczne przejście do Nawy, a rezultatów wciąż nie ma. Ale to oto ludzkie stworzenie zapewne zna wszelkie przejścia, wszak przemieściło się swobodnie do nas. Może nas przeprowadzi?

Egil niechętnie przyznał po chwili:

– Kryje się za tym rozsądna myśl. Tylko czy to coś zrozumie taką prośbę?

Jeniec niespodziewanie podniósł głowę i powiedział skrzypiącym głosem:

– Przeprowadzę was.

Wszyscy obecni wybałuszyli oczy.

– Podnieść go – polecił Egil po chwili.

Aelort bezceremonialnie pociągnął dzikiego człowieka za kołtun. Jeniec wstał, na przemian warcząc i skamląc. Egil patrzył na niego z odrazą.

– Wiesz, gdzie mieszka pan Rohałt z Diamentów?

– Tak.

– Więc tam nas zaprowadzisz.

– Co otrzymam w zamian?

– Słucham?

– Jeśli was tam przeprowadzę – jaką otrzymam zapłatę?

Egil zmarszczył brwi.

– Twoją zapłatą będzie to, że cię nie zabijemy. Jeżeli będziesz postępował jak należy. Prowadź. Nie waż się robić żadnych sztuczek. Widać, żeś silny, te twoje zęby i szpony to nielicha broń. Lecz nas jest więcej i sam widzisz, jaki mamy oręż.

– Widzę – mruknął dziki człowiek.

Ruszyli więc. Na przodzie odziany w skóry, brudny, cuchnący przewodnik, ze spętanymi rękami. Koniec powrozu trzymał siedzący na koniu Aelort Rudy, którego za jakiś czas miał zluzować Odilon. Za nimi ciągnęli rzędem na wierzchowcach pozostali członkowie orszaku. Podążali wśród drzew, depcząc zeschłe liście i pochylając się pod gałęziami. Jako ostatni szedł Morholt, rozglądając się bardzo uważnie.

Epilog

Epilog   Hredrik wsunął ręce pod jej koszulę i łapczywie szukał ust kochanki, ale Gyrda odsunęła się, wstała i zawiązała tasiemkę u piersi. ...